Medioznawcy i socjologowie oszaleją ze szczęścia. Dawno nie mieli w rękach tak ekscytującego dowodu na to, że my, dziennikarze, w godzinkę z hakiem możemy zrobić wodę z mózgu połowie ludzkości.
Cała historia rozegrała się w czwartek w północnym Kolorado. Sześcioletni Falcon Heene z Fort Collins podczas zabawy w ogrodzie wszedł do kosza eksperymentalnego balonu wypełnionego helem, uprzednio poluzowawszy wiążące go z ziemią linki. Autorem konstrukcji był ojciec Falcona, naukowiec amator, prowadzący eksperymenty mające na celu m.in. dowiedzenie istnienia latających spodków. Późniejszy przebieg wypadków nie jest jasny, najbardziej prawdopodobna jest sekwencja: ojciec widzi, że balon zrywa się do lotu, podnosi raban, przerażony Falcon wypełza stamtąd i chowa się przed rodzicami. Balon odlatuje w przestworza. Przez następne półtorej godziny szybuje na południe, co za telewizjami amerykańskimi na żywo transmitują wszystkie media świata, Al-Dżazira i australijskie portale. W CNN sprawą Falcona zajmuje się Wolf Blitzer, gwiazda stacji. TVN 24 przerywa wieczorną debatę w temacie agonii polskiej piłki, sprawę komentują telefonicznie lotniczy eksperci. Około 21.30 czasu warszawskiego balon spada na ziemię. Kilka minut później krzywa napięcia znów idzie w górę, bo służby informują, że drzwiczki do kosza są otwarte. Zastępca szeryfa z Weld County udziela wywiadu: widział, jak z balonu coś wypadło na ziemię. Około godz. 22 uspokajający news: Falcon został znaleziony w wielkim pudle na strychu nad garażem, bawił się, a później uciął sobie drzemkę.
Co najmniej kilkadziesiąt milionów ludzi poświęciło prawie dwie godziny życia na to, by z wypiekami na twarzy śledzić wybryk amerykańskiego gówniarza. Ci wszyscy, którzy dostają ataku śmiechu, słysząc nasze zapewnienia, że media pokazują rzeczywistość, dostali bardzo silny argument. Przez 90 minut, gdy Falcon chował się przed burą, około tysiąca jego rówieśników zmarło z głodu, miliony niewolniczo pracowały, setki milionów zmagały się z chorobami. Świat biegł swoim rytmem, a panowie z centrum monitoringu (dziennikarze), zamiast sprawdzać obraz z kamer, analizować i raportować pracodawcom (widzom), podbiegli do okien i gapili się na wypadek.
Za gapiami zaraz pobiegli ci, którzy zawsze widząc tłumy, oferują płatne usługi, sprzedają lizaki, napoje i popcorn (CNN donosi, że w internecie od razu pojawiło się ponad sześć tysięcy produktów nawiązujących do lotu – od ubranek dla psów po krawaty, zanim balon wylądował, złożono dwieście zamówień na koszulki z napisem „Go, Falcon, Go!”, przebrania „Baloon Boy” mają być hitem tegorocznego Halloween). Kiedy dziennikarze otrząsnęli się z podglądackiego stuporu, poczuli wstyd, zaczęli przerzucać odpowiedzialność na rodziców Falcona. Larry King i Wolf Blitzer molestowali rodzinę chłopca, co znaczy jego odpowiedź na pytanie, dlaczego to zrobił („Przecież mówiliście, że robimy to, żeby było show”), i wypominali im udział w reality show „Wife Swap” jako poszlakę, że rodzice mieli ostry ciąg na telewizję. Blitzer powtarzał non stop, że jest reporterem, spełnił tylko swój zawodowy obowiązek, że teraz jest szczęśliwy, przygotowywał się już bowiem na to, że będzie musiał przekazać światu złą wiadomość. Oprócz tych, którzy siedząc w reżyserce, życzyli malcowi powodzenia, z pewnością byli też tacy, którzy z rozczarowaniem powitali jego lądowanie. Dopóki leciał, był show (i to jaki: przestworza, wyglądający jak UFO balon na wietrze, nie wiadomo gdzie doleci). Gdy wylądował, można już było tylko pokazać żywego lub martwego chłopaka na ziemi. Krótka piłka, westchnienie, „Proszę państwa, zmieniamy temat”.
Blitzer to inteligentny facet, z pewnością do dziś ma kaca. Dotąd rozmawiał z prezydentami, tego wieczoru relacjonował wygłup smarkacza z prowincji. Nauczkę dostaliśmy jednak wszyscy – jeśli nie chcemy oszaleć w świecie, w którym rządzą media, telewizor trzeba traktować jak Enigmę. Prawie wszystko, czego dostarcza dziś telewizja, jest zapakowane w emocjonalny szyfr. By móc z tego naprawdę skorzystać, trzeba odpakować to, używając mózgu. Inny wybrany na rybkę news z ostatniego tygodnia – „Uwaga” pokazuje materiał o zakonnicach bijących dzieci w ośrodku w Studzienicznej. Reakcja widzów to eksplozja oburzenia: zamknąć wszystkie zakonnice, rozwiązać Kościół, zanim zrobi nam tu drugą Irlandię, znieść celibat. Przykładamy książkę kodów i odwijamy newsa z emocji. Po pierwsze: trzeba sprawdzić, czy nie doszło do przestępstwa, jeśli tak, to siostra powinna ponieść karę. Po drugie: jej postępowanie w niczym nie przekreśla przecież zasług innych osób zajmujących się trudnymi czy chorymi dziećmi. Po trzecie: wniosek dla wszystkich, którzy opiekują się słabszymi (patrz historie ze świeckich domów opieki dla osób starszych), by przyspieszyć proces wysyłania pracowników na specjalne studia, żeby ich jedyną kompetencją nie było tzw. dobre serce. Taką dekompozycję trzeba dziś wykonywać praktycznie po każdym dzienniku. Weź głęboki oddech, policz do dziesięciu. Media są jak prąd – jak człowiek umie się z nim obchodzić, będzie mu łatwiej zrobić wiele rzeczy. Jeśli nie umie – spędzi życie przed telewizorem, stale w drgawkach.
Szymon Hołownia
>>> Czytaj więcej opinii publicystów Newsweeka


Komentarze
Pokaż komentarze (4)