Blog
Kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim nadzorem
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz quod verum est, meum est
55 obserwujących 317 notek 511450 odsłon
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz, 5 stycznia 2010 r.

Demokracja? Dlaczego 18 milionów Niemców nie poszło do urn

 

Ubiegłoroczne wrześniowe wybory w Niemczech dobitnie pokazały, że kryzys, w jakim nieubłaganie pogrąża się to państwo ma przede wszystkim podłoże polityczne. Dlatego noworoczne życzenia kierowane do polskich wyborców, aby w bieżącym roku było  "mniej polityki" (Grudeq pisze o tym tutaj) podpowiadane są zapewne przez tych samych adwokatów diabla , którzy ubezwłasnowolnili  niemiecką demokracje. Podobnie jak Niemcy, Polacy mają groteskowo minimalny wplyw na to, kto i jakbedziepolityke  robil.


Poni
żej zamieszczam analize przyczyn takiego stanu rzeczy w Niemczech, którąnapisalismy z Edwardem Klimczakiem  bezposrednio po wyborach. W Polsce system wyborczy jest nieco inny, ale zasadniczo jest to także system partyjny, który zakłamuje prawdziwy stan rzeczy, pozwala przegranym politykom na dożywotny benefis, a partiom bez społecznego poparcia na nieuzasadnioneżywienie sie pieniedzmi podatnika. Ale ad rem.

 

Z 62,2 milionów zdyscyplinowanych niemieckich wyborców ponad 18 milionów nie poszło  do urn, co stanowi najniższą w historii wyborów do Bundestagu frekwencję. Jest to fakt godny analizy. Z całą pewnością nie dokonają jej jednak ani wygrani, jak Angela Merkel (CDU/CSU) i Guido Westerwelle (FDP) ani przegrani, jak Frank-Walter Steinmeier (SPD) politycy.

 

Podstawą sprawnego funkcjonowania państwa jest ordynacja wyborcza. Decyduje ona o wyborze elit politycznych. Jest sprawą naczelnej wagi, czy władza pochodzi od narodu czy odwrotnie, władza jest zawłaszczona przez wąskie grupy polityczno-gospodarcze, czy nawet pojedyncze osoby. W mieszanej ordynacji proporcjonalno-większościwej, takiej, jaka obowiązuje w Niemczech władza spoczywa w ręku wąskich grup, które się przez dziesięciolecia nie zmieniają wymieniając jedynie stołki, lecz oczywiście uzupełniają swoje szeregi. (Helmut Kohl zasiadał w Bundestagu od 1976 do 1998 roku, w tym ostatnie 16 lat jako kanclerz, minister pracy Norbert Blum od 1972 do 1998 roku). Proporcjonalno-większościowa ordynacja zapewnia im tę luksusową, bo dobrze smarowaną publicznymi pieniędzmi kontynuację. Przy czym mało który wyborca w Niemczech wie, na czym właściwie polega nieustannie powtarzający się co 4 lata deasaster: politycy niepopularni, którzy ledwo przeszli w wyborach lub wręcz przegrali w swoim okręgu wyborczym, mimo to trafiają do parlamentu. Parlament (Bundestag) z kolei, pomimo oficjalnych 598 miejsc puchnie co kadencję o kilkadziesiąt dodatkowych miejsc zwanych „mandatami nawisowymi”(tzw. Überhangsmandate) powstającymi w przypadku otrzymania większej ilości tzw. pierwszych, czyli bezpośrednich głosów. W tym roku jest ich aż 24 i otrzymała je Unia CDU/CSU, która inaczej nie uzyskałaby większości. Pomimo fanfar sukcesu faktem jest, że CDU/CSU razem z FDP nie uzyskały zwykłej większości podczas wyborów i dopiero 24 dodatkowe „mandaty nawisowe” zapewnią im komfortowe 322 miejsca w przyszłym, liczącym 622 foteli Bundestagu.

Zastanawiające też, dlaczego Bundestag liczy ustawowo 598 miejsc, skoro w Niemczech jest 299 jednomandatowych okręgow wyborczych? Kto zajmuje dodatkowe 299 (teoretycznie, bo praktycznie w najbliższej kadencji o 24 więcej) miejsc?

 

Amerykanie, zaprowadzając w Niemczech po II wojnie demokrację własnego sznytu przycięli ją według stopnia swojego zaufania (czy raczej nieufności) do kondycjonowanego 13 lat przez nazizm społeczeństwa. Dlatego wybory przebiegają w podwójnym trybie: oddaje się dwa głosy – pierwszy bezpośrednio na konkretnego kandydata z własnego okręgu wyborczego (nie brakuje tu nazwisk „przywiezionych w teczkach”), drugi natomiast oddaje się na jedną z partii. W Niemczech działa pięć dużych partii (w tym Unia dwóch partii: CDU/CSU) i 22 mniejsze. Aby przebić się do Bundestagu muszą one pokonać w wyborach 5-procentowy próg zdobytych głosów, co im sie prawie nigdy nie udaje. Ich głosy są po wyborach przydzielane zwycięskim dużym partiom.

 

Partie pół roku przed wyborami układają swoje własne listy kandydatów w poszczególnych krajach związkowych czyli skonfederowanych landach. Jak to się odbywa? 

Przyjrzyjmy się np. partii FDP (ogółem 64 tys. członków) w samodzielnym landzie - samym Berlinie.Otóż w marcu br.odbyła tu konferencja wyborcza, w której wzięło udział 347 delegatów. Wybrali oni 11 kandydatów na landowa liste partyjna, podobnie jak robi to każda partia we wszystkich landach. Czyli owe 347 osób definitywnie zdecydowało, kto z ramienia FDP może zostać deputowanym i będzie przez 4 następne lata decydować o losie kraju.

Po głosowaniu wiadomo, że z listy tej trzy pierwsze osoby weszły do Bundestagu. Identycznie stało się w innych landach. Ostatecznie z list landowych weszlo do przyszłego Bundesatgu 93 kandydatow FDP. Zaden z nich, w tym również przyszły wicekanclerz Guido Westerwelle, nie zdobył mandatu bezpośredniego, zatem nikt z deputowanych z ramienia partii FDP nie otrzymał zwykłej większości głosów w swoim okręgu wyborczym. Jest to niewąpliwie osobista porażka każdego z kandydatów.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Komentarze niemerytoryczne są usuwane. Autorzy komentarzy obraźliwych są blokowani.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Panie Kolego, niestety, musiałam w tzw. międzyczasie wyjechać w pilnych sprawach rodzinnych....
  • I ja dziękuję za linka. Bardzo mi się przyda to sprawozdanie z konferencji.
  • Jak Pan zapewne pamięta, byłam po prof. Dakowskim pierwsza (i ostatnia), która upominała się...

Tematy w dziale