Blog
Kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim nadzorem
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz quod verum est, meum est
55 obserwujących 317 notek 511818 odsłon
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz, 5 stycznia 2010 r.

Demokracja? Dlaczego 18 milionów Niemców nie poszło do urn

Mimo to bezpośrednia perosnalna decyzja wyborców nie miała żadnego znaczenia. FDP odniosła największy w swojej historii sukces, bo głosowało na tę partię więcej osób, niż kiedykolwiek dotąd.

To samo odnosi się do partii Zielonych, gdzie tylko jeden kandydat spomiędzy 68 zdobył mandat bezpośredni, tzn. wszedł do Bundestagu z woli wyborców w swoim okręgu. W demokracji brytyjskiej obie partie musiałyby po takim wyniku zniknąć. W Niemczech mają się świetnie i...hucznie świętują sukces.

 

Wiadomo, że o uplasowaniu na czołowych miejscach na listach partyjnych decydują układy wewnątrzpartyjne i koterie. Jeżeli elektorat nie wybierze czołowego funkcjonariusza partyjnego w jego jednomandatowym okręgu wyborczym, to ma on tak czy inaczej zapewniony już pół roku wcześniej błękitny fotel w Bundestagu z tytułu pierwszego albo jednego z pierwszych miejsc na liście partyjnej. Tak właśnie stało się z Ursulą von den Leyen (CDU)- ministrem ds rodziny oraz  „czerwoną” Heidi Wieczorek-Zeul (SPD) – ministrem ds pomocy rozwojowej. Obie  panie  przegrały wybory w swoich okręgach wyborczych, ale mając pierwsze miejsca na listach landowych i tak trafily do Bundestagu. Demokracja?

 Landowe listy partyjne dużych landów i czołowych partii mogą liczyć nawet po kilkadziesiąt nazwisk, ale najważniejsze są pierwsze miejsca. Np. w Hesji lista socjaldemokratów liczyła aż 42 nazwiska. Tylko 10 pierwszych kandydatów przeszło przez głosowanie na konferencji wyborczej. Dalsze 32 nazwiska zostały ustalone przez prezydium i zebranych.Ot, po prostu tak. W˛ten sposób niewielkie gremium zdecydowało o obsadzeniu pokaźnej liczby miejsc w parlamencie!


Gdy jednak nazwisko na liście partyjnej nie znalazło się wystarczająco wysoko, lub zupełnie zabrakło dlań na niej miejsca, to zdarzają się nawet prominentnym politykom przykre wpadki. Tak było z kandydatem Zielonych pochodzenia tureckiego Cemem Özdemirem, drugim, równolegle z Claudią Roth szefem tej partii, który – nazbyt pewny swego - nie zadbał o miejsce na liście partyjnej i przegrał z kretesem w jednomandatowym okręgu wyborczym w Stuttgarcie postając w ten sposób na lodzie (w"nagrodę" robi karierę w Brukseli).

 Przykład ten ujawnia jeszcze inny, być może najgorszy w całym wątpliwym przedsięwzięciu, jakim są wybory do Bundestagu, mechanizm. Otóż posłowie, szczególnie ci, którzy wchodzą do parlamentu z list partyjnych, w ogóle nie rozliczają się przed wyborcami, tylko przed swoimi partyjnymi bossami, od których widzimisię zależy ich miejsce na partyjnej liście kandydatów. Nie ponoszą żadnej politycznej odpowiedzialności z tytułu swojej działalności, a ich opustoszałe biura poselskie, których prawie nigdy nie odwiedzają, z większym pożytkiem możnaby przerobić na schroniska dla coraz liczniejszych bezdomnych. Najwyżsi funkcjonariusze partyjni są jednocześnie dobrze uplasowani w strukturach administracyjnych i gospodarczych lub przez nie mocno (w tym finansowo) popierani. Jest to sytuacja z gruntu inna, aniżeli w demokracji brytyjskiej, gdzie każdy deputowany musi troszczyć się w pierwszej kolejności o swoich bezpoórednich wyborców i rozliczać się przed nimi. Nic więc dziwnego, że z wyborów na wybory coraz więcej elektoratu „głosuje nogami” nie idąc do urn. Przed tygodniem o dwa miliony więcej osób niż przed 4 laty zrezygnowało ze swojego prawa wyborczego.


Partie w Niemczech przeżywają od kilkunastu lat egzystencjalny kryzys. Szeregi największych topnieją na potęgę. Tymczasem, zgodnie z systemem partyjnym, jaki obowiązuje w niemieckim systemie wyborczym zaledwie 2,2 procent elektoratu jaki stanowią członkowie partii decyduje o sposobie i warunkach życia ponad 80-milionowego społeczeństwa. Przy czym, jak na wyżej podanym przykładzie berlińskiej FDP i heskiej SPD widać – praktycznie decydują o tym elity partyjne, a więc zupełnie znikomy odsetek. Partyjne doły jak zwykle potakują.

 Wszyscy w Niemczech, na czele z Trybunałem Konstytucyjnym od lat wiedzą o niemieckiej ordynacji wyborczej, że jest ona "arbitralna", "bezsensowna" und "sprzeczna z konstytucją" (cytaty za niemieckim Trybunałem Konstytucyjnym). Jednak to, czy przyszły parlament, a z nim nowy rząd został wybrany arbitralnie i sprzecznie z konstytucją -nie ma to, jak się okazuje, dla jego legitymizacji większego znaczenia. Co prawda niemiecki Trybunał Konstytucyjny nałożył na prawników obowiązek poprawienia systemu wyborczego do roku 2011, jednak ludzie, którzy zasiądą w fotelach deputowanych i ministerialnych na najbliższą oraz na dalsze kadencje byli, są i z pewnością pozostaną ci sami i tacy sami: dalecy od swojego elektoratu i od rzeczywistości partyjni funkcjonariusze, zajęci zabieganiem o utrzymanie fotela. Wybrani zostaną przypuszczalnie przez jeszcze mniejszą ilość wyborców. Schemat ten będzie powatrzać się tak długo, dopóki prawodawcy nie uznają, że nie pół, lecz cały Bundestag powienien być wybierany poprzez jednomandatowe okręgi wyborcze, a nie ustanawiany przez partie.

 

 

Joanna Mieszko-Wiórkiewicz & Edward Klimczak

"Odra" 11/2009

 

 

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Komentarze niemerytoryczne są usuwane. Autorzy komentarzy obraźliwych są blokowani.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Warto w tym miejscu także wspomnieć, że plan Żegoty, na którego główną wykonawczynię...
  • Jeszcze jedno: Michał Głowiński odwiedził Irenę Sendler w towarzystwie fotoreporterów jako...
  • Tymi majątkami węgierskimi zajmował się nie tyle nieletni Soros, co jego ukochany i w czasie...

Tematy w dziale