W latach stalinowskich w Polsce często straszono małe dzieci kułakiem. Potem byli cinkciarze, agenci wpływu,żydzi, masoni, cykliści, zaplute karły reakcji etc. Nie ma się co zżymać - sposobów na wyłonienie ukrytego wroga zbiorowego w historii widzielismy wiele. Może tak jak twierdzi FYM, że w człowieku jest bezwzględna potrzeba religijności zapisana w genach, mamy też potrzebę posiadania wroga. Któż lepiej nadaje się na takiego wroga publicznego w kraju gdzie jest ponoć 98 % zadeklarowanych katolików ? Ano ta osoba, która się w tym gremium szacownym nie mieści. Czyli ateista..
W związku ze sprawą krzyży na ścianach, na Salonie pojawiło się wiele tekstów, w których w łagodnych lub mniej łagodnych słowach za całe zło świata oskarża się ateistę. Biorąc pod uwage ton tych wpisów naturalnym synonimem dla słowa ateista jest po prostu pijak i złodziej. Przypisano ateiście wszystkie możliwe negatywne cechy jakie może nosić jednostka ludzka.
Wspomnę tylko, iz od dłuższego czasu juz nie uważam się za ateistę. Jednym z moich pierwszych tekstów na Salonie był właśnie ten , który w tytule miał - "jestem ateista". Od tego czasu zrewidowałem znacznie swoje stanowisko wobec spraw duchowych. Nie - nie nawróciłem się na żadną wiarę. W trakcie wielu przemyśleń, doszedłem do wniosków, że nie jestem w stanie ani przyjąć za pewnik istnienia Boga, ani jego nie istnienia. Przez słowo Bóg rozumiem tutaj nie-materialny byt , którego nasz mózg nie jest być może w stanie objąć. Byt ten byc może w jakiś sposób wpływa na nasze losy, może nawet jesteśmy jego częścią. Pomysłów może tutaj być tyle ile komu fabryka dała wyobraźni. Przemyślenia te sprawiły, że przestałem się nazywac ateistą - po prostu to określenie zdaje mi się zbyt wąskie, nie opisuje ani trochę mojego stosunku do religii, wiary.
Jednak rozumiem ludzi , którzy doszli do wniosku że Boga nie ma w żadnej formie. Jest to oczywiście pogląd bardzo odważny, wręcz naznaczony pychą - jak wspominałem, nie da sie go ani obalic ani udowodnić..Ale ok - przyjmijmy , że ktoś uważa że Boga nie ma. Ma prawo? Ma. Ba, ja sam tak kiedyś uważałem z pełnym przekonaniem swoich racji. Jako młody człowiek przechodziłem nawet okres wytężonego antyklerykalizmu - co z perspektywy czasu uważam za głupotę, i składam ja na karb niedojrzałości.
Miałem też inną fazę - jako typowy młodzian często przeskakiwałem w najróżniejsze fazy - zainteresowania religią. Przeczytałem biblię ( zresztą czasem i teraz zdarza mi się do niej zajrzeć ), udzielałem się w kręgach młodzieży katolickiej etc. Dało mi to tyle, że jeszcze bardziej utrzymałem się w przekonaniu , iż jak wody i tlenu potrzebuję wewnętrznego indywidualizmu. Jednocześnie studiowanie nauk Jezusa ( postać to prawdziwa czy literacka - bardzo mądry facet ) pozwoliło mi poznac pewną ilość prostych prawd, których przyswojenie pomóc może każdemu w odpowiednim traktowaniu bliźniego - wierzącemu, nie wierzącemu, partyjnemu czy bezpartyjnemu . Prawdy te to takie m.in :
-Kto mieczem wojuje, ten od miecza zginie
-Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamienie
-Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni
-To wam nakazuję, żebyście się wzajemnie miłowali.
Myslę że każdy od każdego może się czegoś nauczyć. przepraszam za chaotyczność tekstu, ale miałem na niego bardzo mało czasu.



Komentarze
Pokaż komentarze (27)