15 obserwujących
51 notek
37k odsłon
779 odsłon

Kilka impresji na temat presji

Wykop Skomentuj8

Presja. Słowo- klucz do katastrofy smoleńskiej. Od 10 kwietnia odmieniane w różnych przypadkach, w różnych wariantach i służące jako wytrych do mojego umysłu. Wykorzystywane przez polityków rządzącej partii i ich akolitów, przez dziennikarzy z redakcji zajmujących sie wytwarzaniem mgły a nie jej przenikaniem, przez Rosjan plujących nam tym słowem prosto w twarz. Oraz przez tabuny innych towarzyszy, ledwo skrywających radość z anihilacji znienawidzonego kurdupla i pozostałych ofiar, które "wpychały się" między Tuska i Putina, między polsko radziecką świetlaną przyjaźń.

Dziś słowo "presja" jest określeniem, którego nigdy już nie chce słyszeć ani używać. Jest demonicznym symbolem tragedii, kłamstwa i tusko-ruskiej bezczelności. Jest narzędziem gwałtu na inteligencji, zdrowym rozsądku i zwykłej przyzwoitości. Dlatego próbuję właśnie tym tekstem rozprawić sie z tym demonem zła, azraelem ostatnich miesięcy.

Bo od 10 kwietnia 2010 powielane w tysiącach egzemplarzy, powtarzane do znudzenia w rozlicznych programach radia i telewizji zbyt mocno utkwiło w mózgu. I zadaje ból, choć przecież nie powinno.

Czymże bowiem jest ta "presja"? Zmarszczeniem brwi przez generała Błasika na wieść, ze mgła utrudnia a może nawet uniemożliwia lądowanie? Prostym skitowaniem faktów "no to mamy problem" przez M. Kazanę? Albo refleksją, że wiadomo kto "wkurzy sie jak nie wylądujemy"?

Śmieszne.

Dziś po południu jechałem na ważne spotkanie. Być może decydujące o mojej najbliższej przyszłości. O tym co będę robił, czy będę w stanie spłacać kolejne raty kredytu, czy zdołam utrzymać odpowiedni poziom życia rodziny, zapewnić starszemu dziecku odpowiedni rozwój, zdrowe jedzenie, wykształcenie...a młodszemu wszechstronną opiekę, lekarstwa w razie potrzeby, wakacje itp. I gdy jechałem na to ważne dla mnie i mojej rodziny spotkanie stanąłem w olbrzymim korku. I czułem coraz większą presję patrząc na upływający czas z rosnącą świadomością spóźnienia i tak banalnego zniweczenia wszystkich planów. Czy był to jednak powód rozpoczęcia szaleńczej jazdy między samochodami, ignorowania znaków i czerwonych świateł? Nie. Bo mam dla kogo żyć i żaden termin, żadne spotkanie, żadne groźby i czyjekolwiek nakazy nie zmusiłyby mnie do innego zachowania. Czy kpt. A. Protasiuk myślał i czuł podobnie podchodząc do lądowania na smoleńskim lotnisku?

Kilka tygodni temu rozmawiałem z kolegą, który w ostatniej chwili musiał odwołać swój udział w corocznej imprezie towarzyskiej naszego środowiska. Imprezie, na którą czekamy cały rok, upojnie sie bawimy i potem przez cały rok wspominamy czekając na następną. Kolega jest kierowcą karetki transportu medycznego. Nagle musiał wyjechać na drugi koniec Polski po organ do przeszczepu. Mróz, śnieg, lód na drodze. A on na sygnale w obie strony, ponad 8 godzin jazdy z kwadransem przerwy na załadunek i pięciominutowym postojem na tankowanie. I świadomością, że ciężko chory, młody człowiek czeka na przeszczep ratujący mu życie. Presja olbrzymia bo stawką może być uratowanie komuś życia albo własne życie ze świadomością, ze się zawaliło sprawę. I późniejsze wyrzuty sumienia, ze może jednak warto było jechać szybciej. Ale profesjonalista kalkuluje ryzyko. Zbyt wielkie może oznaczać śmierć własną i pacjenta. Odpowiedzialne ryzyko pozwala uratować oba życia. Czy dowódca Tupolewa nr 101 był profesjonalistą i potrafił skalkulować ryzyko? Jaka decyzje podjąłby gdyby nie spokojne słowa kontrolera z lotniskowej budy zwanej wieżą "na kursie i na ścieżce" wypowiadane kilka sekund przed zderzeniem z drzewem i ziemią?

Żona pochodzi ze Śląska. Ma krewnego, który jest ratownikiem górniczym. Z własnej woli włazi tam, gdzie ja nawet nie pomyślałbym o wejściu za wszystkie pieniądze Bila Gatesa. Bo ratuje życie innym narażając własne. Ryzykuje bo chce. Ale nie jest wariatem. Ma dom, do którego zawsze chce wrócić. Dzieciaki, które zawsze na niego czekają. Opowiadał o sytuacjach, w których musiał odpuścić. Straszne jest życie ze świadomością, że ktoś zginął bo ratownik się wycofał. Ale nawet takie traumy nie są powodem by pójść w akcji za daleko. I każdy ratownik wie, że na górze czeka rodzina zasypanego kolegi z nadzieja, że inny kolega go wyciągnie i uratuje. Jak im później spojrzeć w oczy, jak wytłumaczyć, że nie było możliwości? Nie da sie, trzeba sie wycofać i z tym żyć. I żadna presja tego nie zmieni. Nawet ta o wiele większa niż podpadnięcie przełożonemu czy gniew pasażera nr 1.

I na koniec Żuku. Kolega z dzieciństwa. Z jednej ulicy, ze wspólnych obozów harcerskich, biwaków pod gołym niebem, górskich wędrówek. Cherlawy i chorowity.  Kiedy dorośliśmy każdy poszedł swoja drogą. Spotkałem go kilka lat temu. Szedł uliczką w rynsztunku komandosa. Bez broni ale jakże wspaniały. Gdybym był dziewczyną zemdlałbym z wrażenia. Był żołnierzem GROM, wracał z pierwszej misji bojowej w Iraku. A nasza drużyna harcerska nosiła imię Pierwszej Polskiej Kompanii Commando... Nie rozmawialiśmy zbyt długo ale wystarczyło czasu by opowiedział mi kilka ciekawostek z życia jednostki i zadań w Iraku. Spokojny, opanowany, mówiący o ryzyku śmierci czy ran niemal bez emocji. Choć podczas misji emocji i nerwów nie brakowało. Ale pamiętam co powiedział: "jestem żołnierzem, szkolę sie po to by w trudnej sytuacji, w walce, pod ostrzałem nie panikować. Panika i strach oznacza śmierć, spokój i wiara we własne umiejętności oraz wsparcie kolegów oznaczają życie." Miał dla kogo żyć. I dla lepszego bytu rodziny wystąpił z GROM i przyjął propozycję firmy Blackwater, bo polska armia nie zezwalała mu na drugą turę w Iraku. Kilka tygodni później zginął. Zabrakło kolegów i wsparcia. Tak jak załodze Tupolewa zabrakło kart prawidłowego podejścia, zapasowego lotniska i nowoczesnego samolotu.

Więc nie pieprzcie mi tu wszyscy mędrkowie z MAK, TVN czy Gazety Wyborczej o presji na pilotów jako przyczynie katastrofy. Życie to jest ciągła presja. Wmawianie mi, że obecność w kabinie samolotu generała Błasika czy dyrektora z MSZ przeraziła wojskowych pilotów, szkolonych do latania w warunkach bojowych, to robienie ze mnie, z nas wszystkich, kompletnych idiotów. Czy wy naprawdę jesteście takimi debilami, albo nas uważacie za ostatnich kretynów, że wtłaczacie nam w mózgi te bajeczkę dla niedorozwiniętych dzieci?

Na mnie nie liczcie. Nie wierzę w ani jedno wasze słowo.

 

 

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale