Po długim i trudnym życiu, wypełnionym upartym i pełnym godności zmaganiem z przeciwnym losem, zmarła Helena Woroniecka, moja Mama.
Na raty przeżywamy śmierć naszych najbliższych. Bo jak inaczej udźwignąć taki ból? Śmierci Matki wogóle nie da się przeżyć, ale jakoś to przeżywamy, przecież jesteśmy ich synami. Czegoś nas nauczyły te nasze matki. Czyż Matka, to nie to samo co robić rzeczy niemożliwe? Na codzień. Przez całe życie?
Mnie jest o tyle łatwiej, że już to przeżywałem w przeszłości. To że tyle razy przeżyła te moje utraty samej siebie, wypełniło mnie głupiego, wiarą w jej nieśmiertelność. Zawsze wracała. Jak wiosna po zimie. Niezawodna. No i jeśli tyle razy tracona, zawsze wracała, to jak można uwierzyć, że teraz odeszła na zawsze?
Nie miałem jeszcze dwóch lat kiedy utraciłem ją na zawsze, opłakałem ją, zapomniałem jej twarzy, choć nie zapomniałem jej dużych srebrnych kolczyków. Po nich ją właśnie rozpoznałem, kiedy niespodziewana i już nieoczekiwana, wróciła ze szpitala i trzymając mnie na kolanach, dla kaprysu rozmawiała ze mną o sobie jakby siebie nie znając. Wyznałem jej wtedy, obcej zupełnie kobiecie, jak ją kiedyś bardzo kochałem. Zadowolona z prawdy o moich uczuciach do siebie, radośnie odsłoniła niewiarygodną prawdę - To ja jestem twoją mamusią głuptasku... Z nieufnością i uzasadnionymi oporami powoli oswajałem się z myślą, że to może jednak ona, że wróciła, choć ją opłakałem. Pomogły te srebrne kolczyki. A potem, kiedy już uwierzyłem w swoje szczęście, jak oszalały pędziłem do siostry krzycząc - chodź szybko, znalazłem Mamę! Potem już nigdy nie czułem, że jest gwarantowana. Już na zawsze pozostała w moim życiu opcją. Upragnioną, ale warunkową. Lęk narodzony tamtego roku, lęk utraty Matki nigdy już mnie nie opuścił.
O kilka lat starszy, jako pięciolatek, utraciłem ją znowu. Tym razem na krócej. Ponieważ jednak już nie wierzyłem w jej gwarantowaną obecność, o tyle łatwiej popadałem w panikę. Tak jak wtedy kiedy w drodze do sanatorium w Cieplicach, wysiadła na chwilkę z pociągu, by w bufecie stacyjnym kupić mi coś do picia. Jeszcze rozbawiony, siedząc na kolanach u "panów" w przedziale, kontynuowałem z nimi rozmowę, a już przecież czujnie spoglądałem przez okno, czy aby peron nie zaczyna przesuwać się do tyłu, co, jak wiedziałem, oznacza, że pociąg rusza. Ale nie, peron stoi w miejscu, jestem bezpieczny... Mamy co prawda wciąż nie ma, ale pociąg przecież nie odjeżdża. Aż tu nagle, rozlega się znane mi "tut" z lokomotywy i niemożliwym się stało dalsze powstrzymanie ataku paniki. Nic nie pomogły uspakajające słowa współpasażerów. Wiedziałem swoje. Znów utraciłem Mamusię. A jednak powróciła. Ukazała się zdyszana w drzwiach przedziału z butelką oranżady i bułką z szynką...
Kiedy miałem lat troszkę więcej mdlała często i jej powroty były obwieszczane, śmiesznym drganiem twarzy spryskiwanej wodą. Szybko pojąłęm, że bać trzeba się dopiero wtedy, kiedy twarz nie reaguje na spadające krople.
Znów ją prawie utraciłem, kiedy po powrocie z kolejnej operacji, zakrztusiła się leżąc w łóżku. Bezradny, dziewięcioletni, patrzyłem skamieniały ze strachu jak zmienia się kolor jej twarzy, a w oczach pojawia się strach. Nikomu nie zdołałem wyjaśnić co dla mnie znaczyło potem każde jej kaszlnięcie.
Miałem 12 lat kiedy jednego dnia utraciłem ją dwa razy. Popełniła samobójstwo. Nałykała się leków. Kiedy po powrocie ze szkoły dowiedziałem się o jej desperackim kroku, nie od razu zrozumiałem, że jednak żyje i jest w szpitalu. Zanim to do mnie dotarło, spędziłem parę godzin skręcony czarną łapą rozpaczy w podwójny precel. Kiedy z bratem pojechałem wieczorem do szpitala, lekarz odmówił wpuszczenia mnie na salę, bo byłem za młody. Zrozpaczony wybiegłem ze szpitala i zemdlałem na jego podwórku. Kiedy mnie ocucili, lekarz pozwolił mi zobaczyć Mamę. Była, a jakby jej nie było, zmieniona, nierozpoznawalna, bez kolczyków. W nogach łóżka karta choroby z jej nazwiskiem. Jeszcze przez jakiś czas nie było wiadomo czy przeżyje. Wtedy, nikt już nie zdołałby mnie przekonać, że obecność Mamy jest w moim życiu pewnikiem, stałą na której można się oprzeć. Nikt jednak nawet się nie starał.
Potem już traciłem ją szybciej za każdym razem, a jednak zawsze wracała. Aż przyszedł czas w moim życiu, że ten jej talent do niezawodnych powrotów stał się źródłem udręki. Chciałem, by już nie wracała, chciałem by zostawiła mnie w spokoju. Przestała namawiać do powrotu, przestała usprawiedliwiać Ojca, przestała przekonywać o jego miłości. Chciałem, by pozwoliła mi żyć niezależnie od nich, pomimo młodego wieku.
Aż przyszedł czas, że zacząłem ją odzyskiwać, pragnąć jej powrotu. Czekając na nią na lotnisku w Honolulu, kapryśnie odwlokłem chwilę zanim się jej pokazałem. Patrzyłem jak się zachowuje, w obcym sobie świecie, otoczona ludźmi mówiącymi nieznanym dla niej językiem. Zobaczyłem ją otoczoną grupką turystów, roześmianą, pogrążoną w rozmowie, wyjaśniającą, że nie ma żadnych powodów do obaw, że zaraz po nią przyjdzie syn, którego bardzo kocha, a którego nie widziała wiele lat... Wszyscy się do niej uśmiechali, ktoś trzymał jej walizkę, ktoś zapewniał po angielski, że nie ma się czym martwić, bo zaraz wezwą Policję i ktoś się nią zajmie na pewno...
Mieszkała ze mną kilka miesięcy, nie chciała wylegiwać się na plaży, ani się kąpać, bardzo chciałą mi gotować i sprzątać. Uniemożliwianie jej tego stało się moją obsesją i grą w której się zwarliśmy jak zapaśnicy. Poddałem się, kiedy jednego dnia chciałem zostawić ją w samochodzie i szybko wbiec do supermarketu po jakiś drobiazg. Stanowczo odmówiła i weszła do sklepu razem ze mną. Zaraz też zauważyła okazję
- Czy ja tu czasem nie dostanę takiego drobnego sitka do przecierania pomidorów, Włodziu?
- Nie mamo, tutaj nie mają takich rzeczy - skłamałem bez wahania i zostawiwszy ją przy wejściu pobiegłem szybko po potrzebny mi drobiazg. Kiedy wróciłem Mamy już nie było! Zniknęła! W panice zacząłem biegać na oślep po przypadkowch alejkach ogromnego sklepu. Nic z tego. W końcu usłyszałem jej charakterystyczny głos. Gdzieś niedaleko rozmawiała z kimś pogodnym głosem. Zobaczyłem ją z daleka z gęstym sitkiem w ręku zatopioną w konwersacji z uroczą starą Japonką. Nie było wątpliwości, że panie rozmawiają o gotowaniu i świetnie się rozumieją. Nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości, choć nie znałem japońskiego.
Zawstydzony, znosiłem w samochodzie uszczypliwe uwagi Mamy pod swoim adresem, że nawet nie wiem co sprzedają w sklepach na Hawajach, choć mieszkam tu już tyle lat. Przy pierwszej okazji jaką mi dała, zapytałem,
- Mamo, a po jakiemu ty rozmawiałaś z tą Japonką?
- No, jak to po jakiemu? Przecież, że po angielsku.
- Ale ty przecież nie znasz angielskiego!
- Nie znam, nie znam. Tyle już tu jestem, to musiałam coś niecoś podłapać, skoro się dogaduję, nie? Sitko pomagła mi znaleźć.
- Mamo! ale przecież ona mówiła do ciebie po japońsku.
- Po japońsku?! Co ty powiesz? No, zobacz, człowiek stary to głupi. Angielskiego od japońskiego już nie odróżniam... Ugotuję ci za to dzisiaj zupę pomidorową...
Zabrałem ją któregoś dnia na wycieczkę łodzią podwodną. Niepewny jak to zniesie, czy będzie to dla niej ciekawe, nerwowo sprawdzałem przez cały czas jej reakcje. Ku swojej uldze usłyszałem jak wpatrzona szeroko otwartymi oczyma w ogromne okna łodzi, mówi na wpół do siebie, na wpół do mnie,
- Tak zawsze chciałam zobaczyć jak to jest na dnie morza.
I utraciłem ją w tym momencie po raz kolejny, ale mi nie zniknęła tym razem. Wręcz przeciwnie. Nie przestając być Mamą, stała się dla mnie wyraźnym człowiekiem. Oddzielnym ode mnie, z własnymi marzeniami, ciekawą życia i świata, interesującą osobą. Osobą z którą chciałoby się zamienić parę słów.
Odlatując z Honolulu, już na lotnisku, powiedziała do mnie, - Nie rozumiem po co ty tu siedzisz, nie jesteś tu przecież szczęśliwy. I odleciała. Nie miałem wtedy najmniejszego zamiaru przenosić się z wysp gdziekolwiek indziej, byłem szczęśliwy na Hawajach. A jednak już w niecałe dwa miesiące później, zwinąwszy swoje interesy na wyspach, stałem na lotnisku w Honolulu machając do przyjaciół na pożegnanie. Jeszcze wtedy nie wróciłem do Polski, ale rozpocząłem swój długi powrót do Ojczyzny.
Kiedy ją zobaczyłem w Warszawie była już bardzo chora, po udarze, który pozbawił ją władzy w nogach. Rozpoznawała mnie, ale myliła z innymi ważnymi mężczyznami swojego długiego życia. Jej stan szybko się pogorszał, a kontakt stał się niemal zupełnie niemożliwy.
Odeszła w niedzielę 29 kwietnia. Będzie złożona na wieczny odpoczynek obok swojego męża w środę dziewiątego maja, na cmentarzu Bródnowskim. Przeżyła lat 88.



Komentarze
Pokaż komentarze (22)