kemir kemir
508
BLOG

Deja vu, czyli pora na jedność

kemir kemir Polityka Obserwuj notkę 77

Jest rok 2015. Rząd Ewy Kopacz rozpaczliwe walczy o przeżycie i odwrócenie trendów pikujących w dół notowań PO. Ale jest za późno. Bo głównym powodem porażki Bronisława Komorowskiego we wcześniejszych wyborach prezydenckich oraz załamania się wizerunku Platformy w sondażach, było powszechne poczucie alienacji władzy, oderwania się partii od przeciętnego wyborcy. Kopacz zresztą dostała misję nie tyle dotyczącą kwestii naprawy państwa, co wygumkowania ze świadomości Polaków tego, że – w skrócie – politycy PO jedzą w drogich restauracjach dania, na które nie stać było przeciętnego Polaka. A, że przy okazji na jaw wyszło kilkanaście "kwiatków" odsłaniających kulisy władzy, problemy Platformy tylko się pogłębiły. Los partii był przesądzony. Poniekąd była to zasługa paru kelnerów, jakiegoś biznesmena i Zbigniewa Stonogi. PiS, w przededniu wyborów dostał -  doszukując się analogii meczu piłki nożnej - karnego na pustą bramkę i to nie z jedenastu, ale z pięciu metrów. Tego nie dało się spieprzyć.


Gdyby ktoś wtedy przewidział, że PO, po ośmiu latach zajmowania się sobą w ramach śmiesznie brzmiącego określenia "demokratycznej" opozycji,  wróci do władzy w niezmienionym właściwie kształcie, byłby niechybnie wysłany do psychiatry. Platforma konała w konwulsyjnych bólach, ale PiS - z nieznanych bliżej przyczyn - nie chciał nieszczęśnicy ulżyć w cierpieniach i jej nie dobił. Słynne "Cela Plus" pozostało w sferze pobożnych życzeń, a niedoszła nieboszczka miał się coraz lepiej. Państwo polskie pod rządami PiS, chociaż wiele obiecywało w kwestii - nomen omen - prawa i sprawiedliwości, jakoś pozostawało bardzo tolerancyjne wobec zadymiarzy z KOD i różnych innych "lamparcic" drących się na ulicy, że trzeba ***** ***.


Nie twierdzę, że PiS dlatego zwija swój rząd po dopiero co zakończonych wyborach. Niemniej nie rozumiem, że można było tak beztrosko spoglądać, jak PO najpierw dostaje tlen, a później witaminy i suplementy na wzmocnienie. PiS - ponownie przywołując mecz piłki nożnej - stracił kontrolę nad meczem, a na dodatek zgodził się grać na wyjeździe, wśród wrogiej sobie publiki. To nie mogło skończyć się dobrze. PO wraca do władzy. Ale nie tylko dlatego:  partia Jarosława Kaczyńskiego "uczciwie" sobie na porażkę zapracowała przez ostatnie cztery lata, w których - wypisz wymaluj - jak Platforma Ewy Kopacz, pogrążyła się w alienacji władzy i oderwania się partii od przeciętnego wyborcy.


Deja vu. Tylko role się odwróciły. Teraz PiS będzie walczył o podanie tlenu... i przeżycie. Łatwo nie będzie, bo na horyzoncie nie widać pisowskich "babć" o imieniu Kasia, nie ma "lamparcic" z wypisanym na kartonie hasłem ***** Tuska, nie widać Komitetów Obrony PiS. Nie będę pisał truizmów, że PIS musi zacząć od siebie i po męsku zdecydować się poważne zmiany wewnętrzne, otworzyć się na sojusze z ugrupowaniami prawicowymi i konserwatywnymi, bo to wydaje się oczywiste. Nieoczywiste byłoby natomiast udzielenie PiS nowego kredytu zaufania, swoistego wsparcia, choćby po to, żeby ten "demokratyczny" rząd (prawdopodobnie Tuska) jak najszybciej odesłać do wszystkich diabłów. Zaufania warunkowego, z podporą dystansu, zdrowego rozsądku i  - co dedykuję tym najbardziej radykalnym zwolennikom PiS -  wyzbycia się chorego zacietrzewienia, które zawsze działa odwrotnie do zamierzeń. Pora na jedność. Inaczej to my możemy pójść do wszystkich diabłów.


Krew mi się burzy, kiedy pomyślę sobie, że do władzy (w jakiejś tam formie, mniejsza o to) wraca towarzysz Czarzasty. Nie chcę nikomu, z tej barwnej, niespisanej jeszcze koalicji ośmiu gwiazdek odmawiać polskości - nawet Tuskowi - bo nie o to chodzi, żeby ciskać niewybredne epitety. Ale to - w moim najgłębszym przekonaniu - nie będzie rząd propolski. Oni wszyscy już się zweryfikowali negatywnie: tym donoszeniem na forum parlamentu unijnego, tą nienawiścią do wszystkiego, co tylko mogło kojarzyć się z PiS, nawet, kiedy rzecz dotyczyła Polski i spełniała wolę większości Polaków, tym zacietrzewieniem w obronie unijnej i lewackiej "światłości", której Polacy po prostu nie chcą. A przecież w tym kontekście rysuje się realna groźba V rozbioru Polski (IV rozbiór to rok 1939) na skutek federalizacji UE, czyli de facto proklamowania superpaństwa ze stolicą w Brukseli (Berlinie?).


Wygrali wybory? Tak, bo są zdolni do wyłonienia rządu z większością parlamentarną. To jest poza dyskusją. Ale czy wygrali uczciwie? Tu już bym polemizował. Nie przemawia do mnie argument, że głosowało na nich ponad 10 mln Polaków. Po pierwsze nie na nich, bo to zsumowane głosy całego triumwiratu ośmiu gwiazdek, po drugie wielce zagadkowa jest tzw. turystyka wyborcza. Zagadkowa, bo samo zjawisko jako takie zagadkowe nie jest - wątpliwości budzi to, że prawie cała ta rzesza wyborczych turystów to same "jebacpisy". Te podróże wyborcze kojarzą się jednoznacznie z losem Polski w XVIII w., kiedy to przekupywano szlachetków, żeby głosowali na niekorzyść państwowości polskiej. Dla mnie jest ogromna różnica między typowym "jebacpisem", a świadomym wyborcą, który głosuje nie pod wpływem chwilowych emocji, ale z pełną premedytacją - jaka by ona nie była.


Coś pozytywnego na koniec? Jedno co przychodzi mi  do głowy, to stwierdzenie i wiara w to, że obecny stan rzeczy wszystkich nas razem i każdego z osobna czegoś nauczy. A czy nauka pójdzie w las, czy przyniesie jakieś wymierne efekty się okaże.

kemir
O mnie kemir

Z mojego subiektywnego punktu widzenia jestem całkowicie obiektywny.

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka