kemir kemir
1352
BLOG

Męczy ich piłka...

kemir kemir Piłka nożna Obserwuj temat Obserwuj notkę 18

Reprezentacja Polski w piłce nożnej znów jest obiektem drwin, szydery, kpin i ... przemądrzałych analiz różnych Borków, Kołtoni i Stanowskich. Już było dobrze, bo przed Euro 2024 nikt balonika nie pompował, a nawet starannie omijano temat zbliżającego się turnieju w kontekście kompromitacji w eliminacjach  i bardzo szczęśliwie ( w konkursie rzutów karnych) wygranego barażu z Walią. O "klasie" reprezentacji Polski świadczy fakt, iż w tym barażu nasi komentatorzy podniecali się niecelnym strzałem Jakuba Modera w dogrywce, który był jedynym ze strony "naszych" zagrożeniem bramki Walijczyków przez cały mecz i dogrywkę. Ale przyszedł nieoczekiwanie niezły mecz z Holandią i jeszcze trochę, a ktoś ukułby słownego dziwoląga w rodzaju "zwycięska porażka". Sflaczały balonik został napompowany do granic balonikowych wytrzymałości, a wczoraj - jak zwykle, w zgodzie z narodową tradycją - pękł on z ogromnym hukiem.


Ocena naszych piłkarzy na toczącym się Euro, jako drużyny nie jest jednak tak zupełnie jednoznacznie zła. Trzeba pamiętać, że trener - selekcjoner Probierz, startował z poziomu nie tyle zero, co minus jeden - zważywszy eliminacje i mecz barażowy. Coś zatem niewątpliwie drgnęło na lepsze -  te chłopaki, których Probierz powołał do kadry, chcą grać, mają to coś, czego nie mają już reprezentacyjni emeryci z Lewandowskim na czele. To daje podstawy do ostrożnego optymizmu. Niestety, innych przesłanek na to, żeby piłkarze chociaż w jakimś ułamku dorównali reprezentacji siatkarzy, raczej nie widać. 


Co z nami jest nie teges? Piłka nożna w Polsce jest świetnie opakowana, zawodnicy cieszą się autentyczną popularnością, kibiców jest w miarę dużo, a pieniędzy jest coraz więcej. Reprezentacja może i nie "sprzedaje" się najlepiej, ale Ekstraklasa już i owszem. Jednak w tym niezłym opakowaniu, kryje się produkt  piłkarskopodobny, odstający wyraźnie od średniej europejskiej, przepłacony i właściwie zupełnie niewarty tego, że kibice chcą ten chłam kupować, a telewizje transmitować. Kto wie, czy UEFA  nie powinna nas relegować do federacji np. Oceanii. Dla nas byłoby najlepiej pograć z pingwinami - jest spore prawdopodobieństwo, że jednak dałoby się wygrać. Ale fenomen naszej piłki nożnej polega na tym, że jednak ktoś to ogląda, a nawet emocjonuje się  meczami.


Rzecz w tym, że pika nożna działa jak magnes przyciągający kibiców. Od dziesiątków lat zakorzeniły się tradycje kibicowskie i klubowe, jak w żadnej innej dziedzinie życia działają lokalne patriotyzmy, graniczące z fanatyzmem. Na tym żyznym gruncie wyrósł zatem dorodny owoc marketingu, który firmuje Ekstraklasa S.A. - spółka zarządzająca najwyższą klasą rozgrywek piłki nożnej mężczyzn w Polsce. Niejako obok, ale w ramach jednego organizmu, funkcjonuje PZPN (Polski Związek Piłki Nożnej) - swojego rodzaju skansen "leśnych dziadków", czyli tzw. "baronów" regionalnych, rekrutujących się czasów "słusznie minionych". System działa na zasadzie układów towarzysko - biznesowych, żeby nie napisać: mafijnych. Coś tam próbował zmienić prezes Boniek, coś tam kombinuje prezes Kulesza, ale umówmy się: bez kompletnego "zaorania" tej skostniałej struktury, niewiele się zmienia i zmienić może. Tyle, że całkowitego zaorania zabrania FIFA i toleruje patologiczne  krajowe organizacje, będące de facto państwami w państwach. FIFA zresztą sama jest nietykalnym i nie do ruszenie państwem w państwie.


PZPN jest udziałowcem w Ekstraklasie S.A i jest znaczącym beneficjentem zysków, jakie spółka osiąga.  W zamian organizuje rozgrywki Ekstraklasy - przyznaje licencje, tworzy terminarz, wyznacza sędziów i organizuje ich pracę, szkoli trenerów i przyznaje im licencje,  odpowiada za poziom wyszkolenia juniorów i w tym zakresie współpracuje z klubami. To teoria, bo w praktyce PZPN może nie robić nic, ale jako udziałowiec spółki swoje zgarnie. W PZPN jest też tajemniczy wydział szkolenia - co ten wydział robi? Śmiem twierdzić, że nic - poza weryfikacją i przyznawaniem uprawnień trenerskich. Co prawda PZPN wydaje jakieś dokumenty typu okrągłe słówka i slogany traktujące o szkoleniu dzieci i młodzieży, ale de facto tego typu szkoleniem zajmują się wyłącznie kluby posiadające bazę i warunki do szkolenia młodzieży, lub prywatne akademie zakładane - dla zysku - przez byłych piłkarzy. Ile jest klubów w Polsce posiadających akademie na poziomie zbliżonym do poziomu akademii zachodnich? Dwa, może trzy  - Lech Poznań, Pogoń Szczecin i Zagłębie Lubin. Reszta -  na czele z Legią Warszawa, której akademia istnieje tylko teoretycznie  -  właściwie nie zna pojęcia "wychowanek" i buduje swoje składy na idei kupowania piłkarzy, których "wypluły" poważniejsze ligi, czyli tzw. piłkarski szrot.


Dlaczego polskie kluby nie kupują polskich piłkarzy? Bo prawo podaży i popytu stworzyło sytuację, w której polski, w miarę dobrze wyszkolony piłkarz, jest towarem tak deficytowym ,że kosztuje wielokrotnie więcej niż zachodni produkt piłkarzopodobny, któremu w Polsce oferuje się tak lukratywne kontrakty, że pewnie wywołałyby szok u szejków, którzy są właścicielami PSG z budżetem prawie pół miliarda euro  - zachowując oczywiście proporcje. Dobrze wyszkolonych polskich piłkarzy po prostu nie ma - a jeżeli już się znajdą, to i tak robią kariery w klubach zachodnich, z których wracają niekiedy do Ekstraklasy z podkulonym ogonem. I w tym miejscu powoli zmierzamy do sedna problemu.


W Polsce nie istnieje spójny i zaplanowany system szkolenia! Jeżeli gwiazda polskiej piłki -  Robert Lewandowski - publicznie oświadcza, że nikt nie nauczył go dryblować i grać jeden na jeden, to my nie tylko jesteśmy tam, gdzie plecy tracą swoja nazwę, ale my się tam już na dobrze urządziliśmy. Żeby jednak stworzyć sensowny system szkolenia na poziomie centralnym, potrzebne są  trzy rzeczy: pieniądze, konkretne działania związku i trenerzy, którzy będą posiadać kwalifikacje do "scautowania" i szkolenia dzieci i młodzieży. PZPN nie jest związkiem biednym, zatem pomijając jak spore pieniądze zarobione przez związek są wydawane, można stwierdzić, że finanse nie są barierą. Nie widać natomiast woli i konkretnych działań, nie ma juniorskich trenerów na odpowiednim poziomie - wyłączając garstkę pasjonatów, pracujących za grosze, albo dla swojej osobistej satysfakcji. Trzeba też wspomnieć o fundamencie jakiegokolwiek sportu na poziomie wyczynowym, jakim powinno być wychowanie fizyczne w szkołach, które tak naprawdę istnieje teoretycznie, ponieważ dzieci masowo na zajęcie wf nie uczęszczają.


W takiej Szwajcarii, do której bardzo blisko nam poziomem i możliwościami, Szwajcarski związek opracował standardy szkolenia i zmusza (kijem i marchewką) kluby do określonego w ten sposób kształtowania piłkarza. Związek sprawia, że wszyscy grają w podobny sposób. Szwajcarscy piłkarze grają tak, jak nauczyli się w czasach juniorskich. Nawet gdy już występują zagranicą, dalej są zgrani, bo wszyscy byli szkoleni po prostu tak samo. Szwajcarzy, nawet gdy zmieniali się ludzie w związku, doskonalili system i trzymali się raz obranej drogi. Związek płaci przez ten cały czas pensje trenerom pracującym w klubach, by każdy miał pięciu-dziesięciu trenerów młodzieży. Wszystkie szkolenia trenerskie, nie licząc UEFA Pro, są W Szwajcarii darmowe. Czy gra się na północy, czy na południu kraju, wszyscy uczą się tego samego sposobu grania, takich samych zasad. Każdy z tych zawodników, niezależnie od tego skąd pochodzi, przeszedł przez ten sam system. Młodzi Szwajcarzy nie wyjeżdżają w wieku szesnastu lat do akademii Interu Mediolan czy Barcelony, bo na miejscu mają odpowiednie warunki. Gdy mają osiemnaście lat, dostają szansę w pierwszym zespole i żaden trener nie mówi, że nie wystawi młodego, bo przez niego przegra mecz. Ale też są na tyle wyszkoleni, że są na to gotowi. Młodzi, dobrze wyszkoleni Szwajcarzy, podnoszą poziom tamtejszej ligi. A gdy już naprawdę ją przerastają, przechodzą do zagranicznych klubów za dziesięć - dwadzieścia milionów, a nie za pięćset tysięcy euro. W Polsce podniecamy się tym, że Lech Poznań wprowadził i nieźle sprzedał w dziesięć lat dziesięciu wychowanków. FC Basel czy FC Zürich wprowadza tylu czasem w jednym sezonie.



Trenerzy. W Polsce licencję UEFA Pro ma kilkaset osób. Dla porównania, w Hiszpanii ma ją prawie osiem tysięcy! To powód do dumy dla hiszpańskiej federacji, ponieważ z ilości rodzi się jakość, prezesi klubów mają wybór, a trenerzy – ogromną konkurencję, która rozwija. U nas zapanowała moda na zatrudnianie trenerskich "wynalazków" z zachodu, z ubogimi CV, którzy mają od razu gwarantować "cuda na kiju". Gdybyśmy mogli powiedzieć: tak, polscy trenerzy stoją na bardzo niskim poziomie, to przynajmniej mielibyśmy zdiagnozowany problem, a tak wszyscy widzą, że jest nie najlepiej, a nikt nic nie robi. Właściciele klubów nie pozwalają na weryfikację pracy trenera w dłuższym okresie czasowym, domagając się sukcesów już, zaraz i natychmiast. Jeżeli ich nie ma - trener wylatuje na bruk, klub płaci spore odszkodowanie i zatrudnia następnego, którego też tak samo wyrzuci i tak samo wypłaci mu odszkodowanie. Tajemnicą poliszynela jest też to, że niecierpliwość właścicieli wykorzystują piłkarze z syndromem bankomatu - niewygodnego, wymagającego trenera łatwo w ten sposób się pozbyć, bo wystarczy przegrać ze trzy mecze pod rząd i sprawa załatwiona.


Reasumujac. Zbyt wiele spraw w polskiej piłce nożnej stoi na głowie i wymaga zdecydowanych i radykalnych reform. Niestety, ale ten oczywisty fakt przykrywany jest pewnym idiotycznym nawykiem: dorabiamy  naszym okazjonalnym zwycięstwom jakieś teorie o rozwoju piłki, tymczasem mają one źródło w zasadzie, według której nawet nienabita strzelba raz do roku wystrzeli. Nie czarujmy się - nasz nasz poziom jest po prostu dramatycznie niski, podczas gdy oczekiwania sięgają kilku klas wyżej. I doprawdy nie trzeba spoglądać na Szwajcarię - wystarczy "luknąć" za miedzę, do Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Tam też różnie bywało, ale nieporównywalnie biedniejszemu związkowi udało się zbudować pod wieloma względami perfekcyjny system, charakteryzujący się wyłuskiwaniem talentów, doskonałością szkolenia, mocną ligą, wykwalifikowanymi trenerami, świetnym marketingiem. Dlatego od wielu lat Polska jest ścisłej elicie światowej siatkówki. Siatkarzy i siatkarek piłka nie męczy. Piłkarzy niestety tak, chociaż to nie tylko ich wina.
 






kemir
O mnie kemir

Z mojego subiektywnego punktu widzenia jestem całkowicie obiektywny.

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport