„Zaczęło się!
Lewiatan rzyga, a Moloch szykuje gębę na pożeranie. Gotowy jest już ołtarz ofiarny w świątyni Szatana. W niej wrze i huczy.
Oto przyjście Antychrysta przygotowano. To co było, jest zapowiedzią tego, co się stanie. A skoro wszyscy milczeli, więc teraz ogień ich pochłonie.
Tylko ślepi na duchu się śmieją, bo nie mając oczu w duszy swojej, nie mogą zauważyć zbliżającego się końca świata. Głupcy!”
Tak przemawia pustelnik Jan Eremita – figura wyjęta jakby z kart średniowiecznej moralitetowej przypowieści, a przecież boleśnie współczesna. W czasach, gdy wojna znów rozdziera Bliski Wschód, gdy na mapach sztabowych kreśli się nowe linie ognia nad Iranem, jego słowa brzmią nie jak egzaltowana wizja, lecz jak diagnoza duchowej kondycji świata. Śmiech tłumu wobec proroka jest może najbardziej niepokojącym znakiem naszych czasów.
W tradycji biblijnej Lewiatan symbolizował chaos pierwotny, potęgę bezkształtnej przemocy, którą jedynie Bóg mógł okiełznać. Moloch był imieniem demona, któremu składano ofiary z dzieci. Gdy pustelnik mówi, że „Lewiatan rzyga”, a „Moloch szykuje gębę”, nie chodzi mu o mitologiczne bestie. Chodzi o systemy, ideologie i struktury władzy, które karmią się ludzkim życiem. Współczesna wojna – ta w Iranie, ta w Gazie, ta w Ukrainie – nie jest jedynie konfliktem terytorialnym. Jest odsłonięciem mechanizmu ofiarnego, który od zarania dziejów domaga się krwi.
Filozofowie nowoczesności próbowali oswoić apokalipsę, przetłumaczyć ją na język procesów historycznych. U Georg Wilhelm Friedrich Hegel wojna bywała momentem dialektycznego przejścia, koniecznym etapem w rozwoju ducha dziejów. U Friedrich Nietzsche zło stawało się funkcją woli mocy, a katastrofa – twórczym zniszczeniem. Jednak XX wiek, z jego totalitaryzmami i obozami zagłady, podważył tę wiarę w sens dziejowej rzezi. Hannah Arendt pisała o banalności zła: o tym, że nie rodzi się ono z metafizycznej głębi, lecz z bezmyślności, z odmowy myślenia.
Pustelnik Jan Eremita mówi coś podobnego, lecz językiem prorockim: „Skoro wszyscy milczeli, więc teraz ogień ich pochłonie”. Milczenie jest współudziałem. Obojętność – współwiną. Wojna nie zaczyna się w chwili wystrzału pierwszego pocisku; zaczyna się wtedy, gdy człowiek godzi się na kłamstwo jako normę, gdy „kłamstwo staje się prawdą, piękno brzydotą, pokój wojną”. To odwrócenie aksjologii jest właściwą apokalipsą.
Wojna w Iranie – niezależnie od jej geopolitycznych przyczyn – wpisuje się w dramat większy niż spór o wpływy. Jest kolejnym rozdziałem w historii świata, który utracił wspólny język dobra. Globalne mocarstwa, regionalne ambicje, religijne napięcia – wszystko to tworzy labirynt racji. Każda strona ma swoje uzasadnienie, swoje cierpienie, swoje narracje. Lecz w centrum pozostaje zawsze człowiek: dziecko pod gruzami, matka w kolejce po wodę, żołnierz, który nie rozumie już, za co ginie.
Czy to jest koniec świata? Jeśli przez „koniec świata” rozumiemy kosmiczną katastrofę, upadek gwiazd i pęknięcie firmamentu – zapewne nie. Ale jeśli świat to porządek sensu, wspólnota znaczeń, elementarna zgoda co do tego, że życie ludzkie jest wartością nienaruszalną – to koniec świata może dokonywać się po cichu, codziennie.
Apokalipsa w sensie biblijnym nie oznacza wyłącznie zagłady. Greckie apokalypsis znaczy „odsłonięcie”. Wojna odsłania to, co było ukryte: kruchość instytucji, cynizm elit, bezradność prawa międzynarodowego. Odsłania też jednak coś innego – zdolność do współczucia, solidarności, heroizmu zwykłych ludzi. W ruinach miast rodzą się gesty, które przeczą logice Molocha.
Pustelnik mówi: „Jeśli Bóg istnieje, bo istnieje, to zło ma granice”. To zdanie jest metafizycznym protestem przeciwko absolutyzacji zła. W tradycji chrześcijańskiej zło nie jest bytem samoistnym; jest brakiem dobra, jego deformacją. Nie może więc być ostateczne. Nawet jeśli historia wygląda jak triumf przemocy, eschatologiczna perspektywa zakłada jej kres.
Jednak nadzieja nie jest tanim optymizmem. Nie polega na naiwnym przekonaniu, że „wszystko będzie dobrze”. Jest raczej aktem woli – decyzją, by nie pozwolić, aby nienawiść zdefiniowała rzeczywistość ostatecznie. W tym sensie modlitwa o pokój, do której wzywa Jan Eremita, nie jest ucieczką od polityki. Jest aktem sprzeciwu wobec logiki odwetu.
Śmiech tłumu, który uznaje proroka za błazna, ma wymiar tragiczny. W kulturze późnej nowoczesności ironia stała się tarczą chroniącą przed zaangażowaniem. Łatwiej wyśmiać apokaliptyczne ostrzeżenia, niż przyznać, że dotyczą one nas samych. Łatwiej zrelatywizować dobro i zło, niż wziąć odpowiedzialność za wybór.
„A teraz się śmiejcie…, bo tyle już zostało.” To zdanie brzmi jak memento. Śmiech może być wyrazem wolności, ale może być też maską rozpaczy. Kiedy świat płonie, śmiech bywa ostatnim mechanizmem obronnym wobec bezsilności. Lecz jeśli pozostaje jedyną odpowiedzią, staje się współudziałem w tragedii.
Czy koniec świata jest nieunikniony? Historia znała już swoje apokalipsy: upadek imperiów, pandemie, wojny światowe. A jednak ludzkość trwa. Być może więc koniec świata nie jest wydarzeniem jednorazowym, lecz możliwością wpisaną w każdą epokę. Możliwością, którą można zrealizować – albo której można się przeciwstawić.
W cieniu wojny w Iranie pytanie o koniec świata staje się pytaniem o granice zła i o granice naszej obojętności. Jeśli zło ma granice, to nie tylko dlatego, że Bóg jest większy. Także dlatego, że człowiek może powiedzieć „nie”. Może odmówić uczestnictwa w kłamstwie, może wybrać solidarność zamiast nienawiści.
Eschatologia nie jest więc jedynie nauką o ostatecznych rzeczach. Jest etyką chwili obecnej. Każdy gest miłości, każda odmowa przemocy, każde słowo prawdy jest małym zaprzeczeniem apokalipsy. I może właśnie w tym sensie nadzieja, o której mówi pustelnik, jest realna: nie jako spektakularne zwycięstwo dobra na ekranach świata, lecz jako cicha wierność tym, „którzy cierpią, miłują i współczują”.
Być może koniec świata nie zaczyna się od huku bomb, lecz od chwili, gdy przestajemy widzieć w drugim człowieku brata. A jeśli tak, to jego odwrócenie zaczyna się od odzyskania spojrzenia. Od otwarcia oczu duszy, o których mówi Jan Eremita.
Można się śmiać. Można wzruszyć ramionami. Można powiedzieć, że takie czasy, że wojny były i będą. Ale można też potraktować apokaliptyczne słowa nie jako zapowiedź nieuchronnej zagłady, lecz jako wezwanie do nawrócenia.


Komentarze
Pokaż komentarze