Jest wczesny niedzielny poranek. Ale kiedy dzwonię, ktoś niemal od razu odbiera telefon.
- Proszę przyjechać nawet teraz, lekarz dyżurny zbada i powie, czy to coś poważnego i co dalej robić.
Jadę zabrawszy pacjentkę. Lekarz rzeczywiście otwiera mi drzwi, zbiera wywiad, bada...
- Trzeba dać kroplówkę podskórną, podać zastrzyk, będzie pani robiła sama po południu?
Jestem zaskoczona, wydawało mi się, że stan jest zbyt ciężki na takie postępowanie, pytam o hospitalizację.
- Oczywiście, ze można, ale to będzie kosztować więcej. Sama doba pobytu 30 PLN, a to jeszcze nic, bo poza tym kroplówka 24h/ dobę, leki w injekcjach trzy razy dziennie... ale to wszystko będzie działanie objawowe...
- Panie doktorze, oczywiście trzeba stwierdzić, co jej jest, czyli poza działaniem objawowym jesli są potrzebne badania, to proszę je zrobić.
- Pobralibyśmy krew na podstawowej badania laboratoryjne.
- Ale jeśli trzeba szczegółowe, to też proszę wykonać; moze trzeba jakieś obrazowe, można u państwa wykonać dziś takie badania?
- Jeśli pani jest przygotowana finansowo, ale to nie dziś, zobaczymy po badaniach, jakie zdjęcia i zapiszę termin na jutro. Myślę, ze najkrócej hospitalizacja potrwa trzy dni, ale powiem więcej, kiedy pani zadzwoni po południu - będą wyniki badań. Proszę podać numer telefonu, może wcześniej my oddzwonimy, jak już będą wyniki.
- Oczywiście.
- No to chodźmy do terminala, wpłaci pani zaliczkę. Dwieście złotych na początek. Własnych rzeczy nie trzeba.
Nie spytałam o całkowity koszt terapii. Bo nie umiałby mi na tym etapie dpowiedzieć. Ale kiedyś miałam nieco podobną - znacznie mniej poważną - sytuację i za leczenie z hospitalizacją jednodniową, bez zdjęć zapłaciłam w sumie 400 PLN.
Tyle, jeśli chodzi o kotkę. Co byłoby, gdyby chodziło o znacznie większego drapieżnika, którego leczenie i diagnostyka są znacznie bardziej skomplikowane, więc kosztowne?




Komentarze
Pokaż komentarze (5)