Telewizja amerykańska ma znacznie więcej doswiadczenia w produkcji oper mydlanych. Kiedy Polaków epatowały losy biednej Isaury uciskanej przez Leoncia, a następnie płynny przeskok do "W kamiennym kręgu", oni byli już daleko po Gregory'm Pecku, a nawet odysejach kosmicznych. Dlatego dziś supergwiazdor polskiej sceny, wykreowany domowym przemysłem jako "dwa w jednym": aktor i tak zwany mąż stanu, bo filmówki z braku dotacji na fabuły musi zadowalać dokument, mając do przekazania treśc w postaci zaproszenia wystosowanego do konkurenta politycznego, by zmienił barwy klubowe, wpada na scenę i szorując kolanami deski, z mikrofonem kurczowo zacisniętym w dłoni wyśpiewuje "I' ll be there for you"... czy tam "będę tam na ciebie czekał"... czy jak to szło...
A reszta aktorów i widzowie do takiego stopnia są wpatrzeni w gwiazdora akceptując każdy gest, że żaden z nich nie spostrzeże, jak jeszcze taki tekst mógłby zostać zinterpretowany, gdyby nie wyspiewał go na modłę niejakich The Rembrands (biedny Rembrandt swoją drogą...) z czołówki serialu "Friends".
Bo z jednej strony największa krajowa trupa, dramat pełen scen zbiorowych, produkcja wysokobudzetowa jak by nie patrzeć, a z drugiej... on przywołuje , przybywa ona, zaś oboje w formalnych związkach, zdaje się; i to nie partnerskich. Schadzka na oczach milionów telewidzów... Sodoma i Gomora!
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/kluzik-rostkowska-przybyla-na-konwencje-po,1,4416480,wiadomosc.html
PS. Dlaczego piszę tak dziwacznie? Lubię.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)