- Ty słyszałeś, co się tam w Małym wyrabia?! - Rezydent przechadzał się po przestronnym patio od niechcenia podskubując zwiędłe źdźbła; praca niekiedy wymagała grzebania w klombie, szczególnie uciążliwego przy kompozycji udrapowanej w wielkiej kamiennej misie...
- A niby co? - towarzyszył mu wierny Sekretarz niosąc za Eminencją w rozpostartych ramionach worek z włókien foliowych o fakturze tkaniny; Rezydent rzucał nań garści zeschłych łodyzek i listków, trafiały się również przekwitłe baldachy i koszyczki...
- No jak co. Obrazili Małego i to najgorzej, jak tylko ja mogę sobie wyobrazić! - zbyt żywe było w pamięci zbiorowej pełne poetyckiego natchnienia czytanie przez Eminencję utworów słynnego Noblisty w rocznicę urodzin, podobnie wiele innych drobnych stygmatów artyzmu w życiu codziennym utwierdzało słuchacza w przekonaniu, że wyobraźnią z Najznamienitszym nie mógłby sie równać.
Zmartwiał zatem. Zamilkli obaj, jednak Rezydent kontynuował popołudniową przechadzkę, więc nie trzeba było długo czekać aby obejrzawszy się dostrzegł brak Sekretarza, a spojrzawszy dalej napotkał jego obecność daleko, hen, tam, gdzie ugodziła Sekretarza straszliwa wiadomość.
- Chłopcze! - zawołał zmartwiony.
- Rezydencie! Już biegnę! - zawołał ten niewiele ponad siedemdziesięcioletni mężczyzna, którego wyłącznie Rezydentowi wolno było zwać chłopcem; nie tylko dlatego, że w swym braku drobiazgowości nie do końca trafnie ocenił tak wiek, jak zasadniczą profesję swego Sekretarza. Nie mylił się jednak oceniając jego wrazliwość. Jak również fakt, ze przybiegłszy ukazał pustą torbę widać pozbywszy się po drodze masy roslinnej, której należał się spoczynek, by mogła ponownie wzejsć stokrotką lub też, niestety, mleczem.
- Jak tam kompostownik? - zadał błyskotliwe pytanie, zrozumiałe w tych okolicznościach.
- Doskonale, o Najjaśniejszy - Sekretarz mówił prawdę; kompostownik miał się doskonale, poziom masy organicznej przyrastał, gdzieniegdzie zdarzało sie raźne bulgotanie, ale miejsce jeszcze było, a to również było ważne, bo dawało nadzieję, ze wystarczy go do jesieni - ale co z tym obrażeniem, bo ciekawość taka mnie trawi, ze już nie mogę wytrzymać!
- Ty lepiej usiądź na tej tu ławeczce, pożyczę ci trochę chleba dla pawi - tu Rezydent sięgnął do swej przepastnej kieszeni i wyciągnął zawiniątko z groszkiem ptysiowym, który wycyganił od kucharki, kiedy była zupa - krem z porów.
- Już siadam, ale niech mnie Rezydent nie trzyma w niepewnosci, bo tu może trza armię wołać, w trąbkę trąbić przez co rozumię radiostację ze stodoły wygrzebać, ostatecznie kolnąć do kolegi, co jeszcze czynnie w obronnosci robi... - i usiadł.
Rezydent stanął nad nim jak ojciec i rzekł dobrotliwie wznosząc palec ku górze i kiwając z wolna głową:
- Oj postrzelałoby się, nie? Ale ty karm, karm! Moze mi pozwolą wreszcie na polowanko podjechać, jak najpierw trochę tego ptastwa podkarmię, a one niech sobie latają. Polatają i spadną... eee, znaczy się obrazili Małego bo, już powiem, powiedzieli, ze nic się nie zmieniło. Rozumiesz, niby, że on tyle krzyczy i gada, ciągle w drodze, ne dospi nie doje - tak mi mówił: wypraszam sobie, jak to ja nic nie robię! - jeździ po świecie całym, w Sanktuarium Demokracji mieszkał nawet na korytarzu na łóżku polowym żeby nikt nie uciekł i wszyscy ciężko pracowali, a tu mu mówią, że nic nie robi! Ech... - Rezydent poczuł się nagle zmęczony i nawet trochę starszawy. Popatrzył ze smutkiem na jasną czuprynę druha, o którym wiedział wszystko i ciężko przysiadł obok, na ławce.
- No to teraz sobie posiedzim! Czasem dobre na troski, choć jakbyś miał jake butelczynę dla pociechy... - nie było wiadomo, czy Rezydent mówiłby jeszcze, czy zawiesiłby głos dając pole ciszy, mimo to Sekretarz już nie wytrzymał:
- Ale Najjaśniejszy! To my tu w trudzie, w znoju, każde minutke pracy poświęcając, różne działania podejmując i słowa ważkie, zmieniające; co by nie gadać, nam nikt nie powiedział, ze się nic nie zmieniło odkąd nastaliżeśmy! Jest sprawiedliwość jednak! - ukryty w krzewie opodal tajny oficer, kiedy już wróciła mu przytomnosć szybko zaraportował: "Zdrada! Duży mówi, że w rządzie same lenie, chyba sprzyja opozycji!".
I tak było rzeczywiscie. Na korytarzach Małego ziało pustką, wszyscy na wczasach, niektórzy mieli ze sobą telebimy przewoźne, które zdawali kolejnemu z listy po tygodniu. Tylko w blibiotece wrzało jak w ulu.
- Wspaniale! Skoro nic niezmienione, nie mogą nam niczego zarzucić, zadnych kryzysów inflacji prywatyzacji, zawłaszczenia emerytur i innych zdrowotnych!!! Dajemy spot, że opozycja psuła i psuła, a my jako liberałowie dajemy specjalnie wolną rękę wolnemu rynkowi umyslnie powstrzymując się od katastrofalnych, nieprzemyslanych ruchów w przeciwieństwie do opozycji, której rad gdybyśmy posłuchali ... - kolega wszedł mu w słowo.
- Dobra, dalej już mamy z zeszłego programu!
Tajny oficer skończył dyżur. Rezydent z Sekretarzem szli z wolna w stronę pałacu trzymając się za ręce.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)