Było tak. Kiedy w trakcie kampanii prezydenckiej, podczas której towarzysz Putin był nikomu nieznanym byłym funkcjonariuszem niskiego szczebla, zapłonęły z nagła bloki mieszkalne w Rosji, nikt nawet nie podejrzewał, kto podłożył ogień pociągając za czeczeńskie sznurki.
Gdy w metrze w Leningradzie wybuchły bomby i zginęło troche Rosjan, ewidentnie wschodniego pochodzenia kamikaze okazał się chować za pazuchą nikt nie oczekiwał, czyj anterfekt. Wcześniej FSB potraktowało jako przypadek liczne literki "K" wypisane kredą na murach szkoły w Biesłanie.
Dopiero kiedy przyszło do wyborów w Abhazji, wszystkie kawalki układanki wskoczyły na swoje miejsce. W poszukiwaniu dowodów wiele tysięcy godzin wertowano w te i wewte całą historię najnowszą nowozytnego świata, aż wreszcie czujne psy sledcze chwyciły trop! Przykład dał mu Unabomber, protoplasta o dla niepoznaki wyczyszczonej hagiografii - Ted Catchinsky. Też działał sam, a jaki był groźny! Dziesiątki nocy, setki dni spędziły tuzy i najtęższe głowy GRU zanim najwybitniejszy tajny językoznawca Wszechrosji wpadł na trop, a potem podążył wzmiankowanym tropem zbierając drużynę, następnie gnając uparcie, aż cel został uchwycony pewnego pełnego grozy poranka, kiedy to "C" okazało się być "K" (powiązanie go z pamiętnym "K" z Biesłany zajęło już tylko dziesiątki godzin). Potem poszło łatwo, bo "a" uznano za "a", "cz" przetłumaczył jako "TCH" sam interaktywny słowniczek (będący na stałym wyposażeniu i w stałym używaniu agentury wpływu) ... i tak dalej, aż do "i", które już cały zespół chórem przetlumaczył na "I", i to nawet bez pomocy tłumaczy Jerzego Millera - fachowca zza granicy, poniekąd obracającego się w granicach tematu, choć ten ostatni badał go z zupełnie innej strony. Następnie dokładne przeszukanie Kremla ujawniło całkowity brak dowodów współpracy z zamierzchłych czasów w aktach określanych tzw. przemianą ustrojową i jego opozycyjna historia ukazała się w nowym świetle.
Ale nie uprzedzajmy wypadków przedwcześnie wspominając Jerzego Millera, bo to było później, dużo później; tak się potem złożyło, te zbiegi okoliczności, o kapryśna Fortuno! Wróćmy na chwilę do czasów, kiedy towarzysz Putin zostawszy z sukcesem prezydentem ścigał początkowo Czeczenów, nie bez pewnej racji (bo co za róznica, czy napływowy konkurent o miejsce pracy w Moskwie przybył z Tadżykistanu czy z Czeczenii?), ale też i nie całkiem słusznie. Skąd miał wiedzieć, kiedy jego świat był jeszcze mlody i nic nie wskazywało na prawdziwego winowajcę?! Potem też ich ścigał, dla niepoznaki, w końcu nie codziennie zdarza się, aby najgroźniejszym, uprzykrzonym terrorystą okazywał się pozornie mało wysportowany, przesadnie doskonale zakamuflowany na posadzie - przykrywce prezydenta sąsiedniego kraju! Co za tupet, każdy się zgodzi, prawie taki, jak pomysł z niezależnością dowolnego sąsiedniego kraju od wielkiej Rosji!
Ale po co to wodolejstwo, archiwa radzieckie przepastne, Brytole mogą sobie ujawniać po pięćdziesięciu latach! Pora udać się na imprezę wspominkową poległego sąsiada, na pohybel terrorystom.




Komentarze
Pokaż komentarze (10)