Wyłączyli prąd! Lodówka przestaje szumieć, laptop wydaje z siebie ostrzegawczy pisk, że przechodzi na baterię, zapada cisza i w tej nieswojości (ciemność, jeśli jej sobie sami nie zażyczymy, jest zawsze nieswoja) musisz podjąć jakieś kroki. Po omacku dotrzeć do drzwi, torować sobie w powietrzu drogę rękoma, żeby się nie nadziać, zejść do kuchni w nadziei znalezienia świeczki, która gdzieś tam była w szufladzie. Świeczka jest, ale zapalniczki nie ma, zapałki się zapodziały, cała dzielnica ciemna.
„Może korki?!”. Ale to nie korki, bo za oknami okna inne też ciemne. Sprawdzasz, czy klucz w zamku przekręcony, niesiesz wykrzesany z zapalniczki i przełożony na knot kolebiący się płomyk świecy, „walka o ogień” - mruczysz z sarkazmem.
Nie za bardzo wiadomo też, w tym prawie mroku, co robić. A miało się takie plany na ten wieczór. Najpierw łapiesz komórkę, ale raz, że nie znasz numeru do elektrowni, a dwa – jeśli jakimś przypadkiem go pamiętasz – numer jest zajęty. Jest nawet przyjemnie, ciepło, widzisz, że w oknach sąsiadów pojawiają się odblaski; tu latarka, tam świeczka, gdzieś indziej jeszcze widać, że ktoś szczęśliwie miał już nahajcowane w kominku. Uspokajasz się, wychodzisz przed dom, napotykasz sąsiada, „coś się stało, koparka, kabel...” - wymieniacie bezsensowne uwagi, bo ani on, ani ty nie wiecie, co się stało.
Uspokojony równoczesnym niepokojem sąsiada siadasz, papierosa bierzesz, łapiesz telefon. Tam, gdzie się dodzwoniłeś światło mają, słychać, że się nieźle bawią, pytają, co się stało, ale odpowiedzi się nie doczekają, bo komórka wyda „pik, pik, pik” i zapada cisza. Nie była ładowana przez tyle dni, ostrzegała przez dni kolejne, w końcu padła. Normalne, tłumaczysz sobie, ale wcale nie wydaje ci się to normalne. Ani poczytać, ani pograć w coś, durnej herbaty nie zrobisz, zaraz włączą, mruczysz odsłaniając ciemne wnętrze lodówki i dopiero widok ten wyprowadza cię z równowagi, bo nie spodziewałeś się, że w lodówce też może być ciemność. A jest podwójna!
Z butelką piwa znowu wychodzisz przed drzwi domu, ani wiatru, ani specjalnego śniegu, - co za dziadostwo – mruczysz – tyle się płaci za rachunki, a kiedy człowiek akurat ma obowiązki na głowie, to wyłączają prąd! W gazecie rano pewno będą przepraszali, wyjaśniali, w radiu już teraz z pewnością gadają, aż warto byłoby ich do sądu podać za taki numer – wchodzisz w buńczuczność – to już prawie godzina, a jakby tu w domu na przykład dziecko się rodziło, to co?! - dobijasz wyimaginowanego adwokata elektrowni swoim precyzyjnym pytaniem. I odszkodowanie niech płacą! - i łyczek ciepłego piwa.
Powinno być zimne, krzywisz się, ale może i lepiej – przyznajesz - bo zimne w ciepłym dobre, a w zimnym ciemnym lepsze ciepłe. Słyszysz, coś trzaska od strony ogrodu. W jednej butelka, w drugiej świeczka, wosk na spodniach i na podłodze, wypatrujesz przez okna kuchenne, niczego nie widać. O – ktoś przez płot sąsiada przeskoczył, trzasnęło coś, krzyknęło, umilkło. By lepiej widzieć gasisz świeczkę, ale w pełnym mroku widzisz jeszcze mniej. Cisza, szumi tylko trochę coś, niczego nie widać. Do drzwi ktoś lekko stuka! Sąsiad? Idziesz, z nadzieją pokrzykujesz, „zaraz zaraz”, otwierasz drzwi, za nimi nikogo nie ma. Przesłyszało się.
Iść do sypialni? Spać o tej godzinie? Nie ma mowy. Siedzieć w salonie i nasłuchiwać stukania? Już lepiej. Pewnie zaraz włączą. Siadasz, „bez przesady, bez nerwów” - mruczysz, wstajesz, w lodówce masz jeszcze wódkę. Mościsz fotel kocem, „kota nie ma, szkoda”, lejesz pół na pół, na stole położyłeś komórkę i w świetle płomyka patrzysz na nią wiedząc, że to nie ma żadnego sensu.
Budzisz się po kilku godzinach, skacowany, spoglądasz na zegarek, liczysz, spałeś sześć godzin. Ale wciąż jest ciemno, koc zsunął się na ziemię, świecisz zapalniczką. Szósta rano. Pełna ciemność i zimno. - Jedno z dwóch – mruczysz. - Albo to najdłuższa noc w roku, albo umarłem.
I przez moment z rozpędu, gdy dociera do ciebie to, co właśnie wypowiedziałeś, hehe, rechoczesz ukontentowany z tak nowocześnie postawionego pytania. Przez moment.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)