Widziałem dzisiaj dwie irlandzkie babcie; przystanęły sobie po wyjściu z kościoła, w którym rozmawia się po angielsku, więc jakoś nie mam pewności, czy modlitwa chmury przebija. Wyglądały, wypisz wymaluj, jak małomiasteczkowe polskie kobiety z lat 60-tych czy wiejskie z 70-tych: taki płaszcz w kolorze kawy z mlekiem, a na głowach chustki zawiązane pod brodą. Nad czarne półbuty wyłaniały się, opinające kostki, jakieś szarobure skarpety. Słońce palnik odkręciło na maksa, więc było tak z 10 stopni.
Stoją i gadają sobie, a ja mam uciechę, by zawsze w takiej sytuacji je trochę, troszkę choćby: podsłuchać. Udaję, że niby przypadkowo przechodzę, ale ucho już mam wielkości naleśnika (rozmawiają zazwyczaj o dzieciach i wnukach, chorobach i o śmierci znajomych). Moja uciecha jednak polega na tym, że od dzieciństwa, aż do dzisiaj żywię teorię, że wszyscy na świecie są Polakami, ale się z tym kryją.
Dlatego zawsze różnych obcokrajowców, a już szczególnie starych ludzi staram się przyłapać, że się zapomną i wyda się wreszcie, że rozmawiają po polsku, a z tym całym angielskim czy niemieckim to ściema i rzecz niepoważna – po angielsku, to niech sobie młodzi-głupi rozmawiają, ale stojąc nad grobem, to już nie trzeba się wygłupiać przecież, cudować nie ma po co, no nie?!
Tym bardziej, że i Pan Bóg - jak wiadomo - mimo wszystko po polsku najmilej modlitwy uznaje, więc sprawa jasna. Tak to sobie kiedyś wykombinowałem i cały czas uważam, że mam rację. Oczywiście przyłapać mi się nigdy nikogo nie udało, nie zdradziły się żadne irlandzkie babcie czy niemieccy emeryci nawet słówkiem i moja spiskowa teoria nie zyskała jeszcze żadnego – prócz teoretycznych – argumentu za. Co nie oznacza jeszcze, że się mylę!
No, ale nic: babcie widząc, że nadchodzę przeszły zapewne płynnie, w pół słowa z polskiego na angielski, a ja tylko tyle podsłuchałem, że jutro jedna ma jechać na zabieg jakiś (trudne słowo było jaki zabieg) i że Janice ją zawiezie. Pewnie córka albo wnuczka albo może i synowa, tego nie udało mi się już podsłuchać.
A potem przyszedłem do chaty i sprawdziłem w interneciku, że Kutz ma 81, Niesiołowski 66, a Bartoszewski - 88 lat. Życzę im po 100 lat zdrowego życia i w ogóle zdrowia. Ale oni sami wiedzą przecież, że mają już bliżej, niż dalej. Że nawet jak nie wierzą w polskiego Boga, w żadnego Boga nie wierzą, ani tego na obłoku, na tronie z brodą, ani w czystą energię absolutu, ani tego mieszkającego wyłącznie w księgach..., no to już sam wiek i wizja śmierci wymusić powinna zwyczajne ich pohamowanie i po prostu: zaprzestanie cudowania, udawania 25-latka, przebierania się za Robin Hooda, Janosika czy Zorro.
Wymusić ta wizja nadchodzącej śmierci powinna chwilową choćby zadumę nad tym, co to będzie. No – co to będzie? Po co im to cudowanie?!
I dopiero dzisiaj mnie olśniło, że najsłabszą niespodziewanie stroną mojej teorii „wszyscy na świecie są Polakami” są ci, którzy za Polaków uchodzą. Którzy publicznie wypowiadają się w języku polskim. Ale, gdybym ich tak znienacka podsłuchał w rozmowie między sobą, to wyszłoby może i na to, że usłyszałbym jakiś nieludzki charkot. Teraz i zawsze.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)