Nie było łatwo, powiem od razu. Mój brat Binio jest bowiem ode mnie starszy o pięć lat. To nie jest najgorsze, ale najgorsze jest to, że w dzieciństwie był o tyle samo lat starszy, a to już – przyznacie – jest wyzwanie. No, cóż – w czasach np. jego fascynacji Dzikim Zachodem byłem wielokrotnie wiązany sznurkiem do bielizny, kneblowany i zamykany w szefie. Tak tak. Tak było i już! A z czasów jego eksperymentowania z chemią wybuchową mam serię wspomnień ze szpitala okulistycznego.
Skłócona polityka wewnętrzna rodzi jednak czasem spójną politykę zagraniczną. Tak było u nas w rodzinie, bo Binio wprawdzie poddawał mnie w chacie seriom ekstremalnych eksperymentów, ale jakby tak ktoś mnie gdzieś tam na podwórku czy nad jeziorem coś nie ten-teges, to Binio go w zasadzie zawsze złapał i gościa precyzyjnie regulował do obowiązującego czasu, a nie, że chodzisz sobie jak chcesz.
Z zakneblowaniem w szafie to zresztą do dzisiaj mnie wspomnienie prześladuje, bo nie dość, że związany i zakneblowany w szafie na piętrze siedziałem, to jeszcze słyszałem, jak Binio siada do stołu, bo mama podała pierogi z truskawkami ze śmietaną (wszystko własnej roboty ma się rozumieć + śmietana „od pani Brazewiczowej” cokolwiek to oznaczało), mama pyta go: - A gdzie Oranje?, a on odpowiada, że nie wie i pewnie gdzieś w ogrodzie na drzewie siedzę i się zamyśliłem czy coś takiego. Taka szuja. Bo siedziałem, ale nie na drzewie.
Obecnie wszystkich ich bym pewnie za to do więzienia na lata mógł powsadzać, ale wtedy mieściło się to jakoś również w moich dziecięcych normach i los ten przyjmowałem dość pogodnie. Taki był układ i już; on mnie kneblował, ale zaraz potem graliśmy „w kozy” (gra szermierczo-kowbojska) czy namawialiśmy taką Dorotę, żeby wrzuciła cegłę do komina sąsiada. A ona raz rzeczywiście wlazła na dach i wrzuciła.
Potem jednak Binio poszedł swoją dość masakrycznie trudną drogą, a ja swoją. Był paroletni moment, że wyżej ceniłem te chwile, kiedy go nie widziałem i nie słyszałem nad te, kiedy zjeżdżaliśmy się do matecznika. No, a potem jego masakrycznie trudna droga stała się jeszcze bardziej masakryczna i przywaliła go taka góra, że niejeden by się naprawdę poddał. Można się śmiać, ale wraz z żoną znaleźli siłę w Bogu, w tym naszym polskim Kościele i nie mam dziś wątpliwości, że ta siła tam tkwi.
Dziś jesteśmy jak dwa ogniwka, a szczególnie, że zawsze stoimy po tej samej stronie ( Lech, Lech Kolejorz) i podczas rodzinnych zjazdów w Poznaniu nawet nie ma się o co posprzeczać, bo cała chmara ludzi przy jednym stole myśli i mówi w zasadzie tak samo. Normalnie klan jakiś. Wczoraj Binio poinformował, że pakuje vana ludźmi i że szkoda, że mnie nie ma, bo miejsce dla mnie jest, a on właśnie organizuje „wycieczkę patriotyczną”. Tak się wyraził. I że już muzykę na drogę przygotował. Do Warszawy, dzisiaj właśnie jadą. Szerokiej drogi Binio. Szkoda, że mnie tam nie ma.
Jak go spotkacie na placu Teatralnym, to pozdrówcie – taki z brzuchem, ze 110 kilo, mocno konkretny człowiek!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)