Ortodoks Ortodoks
82
BLOG

Co z tą piłką? Ostatni raz o mundialu.

Ortodoks Ortodoks Rozmaitości Obserwuj notkę 7

Zacznę od faktów, które powtórzę po raz kolejny. Średnia liczba bramek strzelanych przez finalistów spada. Aby zdobyć złoto potrzebna jest coraz mniejsza liczba goli zdobyta w całym turnieju. Same finały stają się jeszcze bardziej ubogie pod tym względem. Od 24 lat nie padło w nich więcej niż 3 bramki, i tylko raz w tym czasie padły 3.
Liczba bramek jest oczywistą wypadkową liczby szans na ich zdobycie, w tym tak zwanych setek. Te zaś wynikają, rzecz jasna, ze stylu gry. Obu ekip, żeby była jasność. Spadek liczby bramek jest więc tylko wynikiem zjawiska, które polega na klinczowaniu się ekip tak potężnych, że boją się nawzajem (to raz) i są lepsze w obronie, niż w ataku (to dwa). Przypominać to zaczyna front zachodni w pierwszej wojnie światowej, gdzie broń ofensywna nie nadążała za defensywną.
 
Można do tematu podejść dwojako. Albo zżymać się jako ja czynię na „upadek obyczajów”, albo próbować w tym dostrzec jakąś nową wartość jako czynią niektórzy moi interlokutorzy.
Można mówić o wzroście znaczenia taktyki i innych czynników ograniczających liczbę goli, i tłumaczyć, że jest to też wartość sama w sobie. Można wręcz iść w zaparte twierdząc, że te gole, to bez przesady, wcale takie najważniejsze nie są. Fajnie chłopaki grają klepkę przecież. Do przodu ich to niezbyt posuwa, ale co tam. Poza tym nie ma co mitologizować „dawnych czasów”, bo to wszystko nieprawda była. Wszystkie te Puskasy inne nie grały wcale pięknie tylko po prostu obrony nie było!
 
No i właśnie. Te Puskasy… Tak się „niestety” składa, że fundamentem dzisiejszej, religijnej wręcz, popularności piłki kopanej są te Puskasy. W epoce przedtelewizyjnej naturalnie trzeba było mocno wysilić wyobraźnię żeby piękno piłki docenić. Można było najwyżej czasami w kronice kinowej obejrzeć skróty meczów i to pokazywane z jednej kamery. Ale już lata 60-te, 70-te i 80-te wyglądały inaczej. Przed wszystkim w ogóle wyglądały. Telewizja pokazywała „Puskasów” i wtedy to fundamenty zostały nadbudowane wielkim gmachem o nazwie Wielka Piłka Nożna. Dowody na to na szczęście są zachowane. Kto chce ten może obejrzeć sobie ówczesne mecze. Polecam.
 
Bez Puskasów Wielkiej Piłki Nożnej by nie było. Gdyby futbol w okresie swojego raczkowania wyglądał jak dziś, to skończyłby jak nie przymierzając krykiet czy curling. Po prostu nie zafascynowałby mas. Przyznając, w dobrej wierze lub po prostu z rezygnacji, że wynik 1:0 po „pięknej klepce zakończonej paroma setkami” jest lepszy niż 3:3 po setkach kilkunastu, podważamy te fundamenty. Jak wyrodne dzieci skazujemy na paternalistyczną pobłażliwość wielkie czasy Wielkiej Piłki Nożnej. Obawiam się jednak, że skończymy jak synowie marnotrawni.
 
Ile razy można oglądać mecze finałowe, w których oba zespoły są jakby sparaliżowane strachem? Taktyka. No dobrze, taktyka może być nawet i urocza, ale to nie dzięki taktyce powstała Wielka Piłka Nożna. Ona powstała dzięki widowiskowym akcjom oskrzydlającym, błyskawicznym kontrom, przerzutom przez całe boisko (pamięta ktoś 4-2-4 Brazylii prawie bez środka pola?), dziesiątkom sytuacji podbramkowych. Do tego nieustępliwość, siła i nieustająca walka. To właśnie te rzeczy tworzą magię tego sportu. Jeszcze raz, gdzie byłby futbol dziś gdyby kiedyś myślano kategoriami z XXI wieku?
 
Może zresztą jest jeszcze inaczej. Może sama piłka nożna jako dyscyplina ma w sobie zamontowany mechanizm autodestrukcji? Może jest tak, że to dyscyplina skończona, w tym sensie, że da się w niej osiągnąć perfekcję. Kiedyś, na początku, było do niej daleko, to i gra wyglądała inaczej. Dziś może po prostu zbliżamy się do doskonałości i tylko przy okazji się okazuje, że ta doskonałość jest jakby mało atrakcyjna, bo oznacza ona 0:0 w każdym meczu. Dzięki taktyce oczywiście. Jeśli „udało” się różnym Mourinhom spowodować, że liczba setek rywala spadła z kilkunastu na parę w meczu, to już tylko trzeba wyeliminować te parę, które są wrzodem na tyłku. I po sprawie. Gorzej jak rywal uczyni to samo.
Do tego jeszcze daleko w meczach na co dzień, ale już mecze finałowe dowolnych rozgrywek, gdzie grają najlepsi z najlepszymi, pokazują, że taki jest chyba trend. A na końcu trendu jest cel, czyli „goal”, a raczej „no goal”. Gdy liczba drużyn, które osiągnęły perfekcję wzrośnie, to będzie tak wygląd może i co drugi mecz. Wtedy synowie marnotrawni wrócą do domu ojca. Tylko jak?
 
Czy da się temu w ogóle zaradzić? Pomijam oczywiście tych, którzy twierdzą, że nie ma takiej potrzeby. Nie wiem czy się da. Próbowano już różnych rzeczy. Złoty gol na przykład miał skusić zespoły o ofensywnej gry w dogrywce ofertą „strzelisz pierwszy i wygrywasz”. Mourinhopodobni odczytali to naturalnie na opak „stracisz pierwszy i przegrywasz”. Złoty gol poszedł w odstawkę.
Co więcej można wykombinować? Może zrezygnować z meczów finałowych? Zastąpić je finałową mini-ligą 4-6 najlepszych i niech każdy gra z każdym. Tylko czy to coś da? Pojęcia nie mam. Czekam tylko na powrót Wielkiej Piłki Nożnej.

 

Ortodoks
O mnie Ortodoks

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości