Lech dał wczoraj ciała niemiłosiernie. Porównuje się wczorajszy występ z pamiętnym dwumeczem Wisły z Levadią Tallin. Co ja na to? Po pierwsze to nie wiem czy na pewno Lech dał ciała. Może po prostu zagrał tak jak potrafi, i tak jak odpowiada to jego aspiracjom? Przyjrzyjmy się temu co-nieco
Levadia jest oczywiście symbolem, bo to chyba najsłabszy zespół, z którym mistrz polski poległ na drodze do Ligi Mistrzów. Ale czy nie wypada w tym miejscu wspomnieć innych „osiągnięć” polskiej piłki klubowej na przestrzeni ostatnich -nastu lat?
Od czasu ostatniego występu polskiego zespołu w Lidze Mistrzów mieliśmy niezłe kwiatki także na poziomie Pucharu UEFA. Dwa przykłady z pierwszej ręki.
Valerenga? Proszę bardzo. To nawet chyba większa wtopa, bo Valerenga w tym samym sezonie raczyła spaść do drugiej ligi norweskiej.
Terek Grozny? Haha! To były dopiero jaja. Trzeciorzędny zespół rosyjski, a nawet czeczeński, kontra protoplaści dzisiejszych majstrów Ekstraklasy. To nawet było lepsze niż Valerenga.
Gdyby więc szukać jakichś porównań, to mamy w czym wybierać. Owszem, bywało, że polski zespół pokonywał jakiegoś relatywnie mocnego rywala (ale to już wyłącznie w Pucharze UEFA), ale równie często dostawał baty od europejskich outsiderów. Jednakże Lech w końcu pokonał Azerów. Chwała! Porównania mogą być zatem ledwie częściowe, bo skutek cokolwiek korzystniejszy. Dla wyśmiewanych rzecz jasna. A jakby tak jeszcze pokonali Spartę… hehe. Ciekawe jak przyjmują te zakłady buki – jeszcze nie sprawdzałem.
I oto na tym tle występuje trener Zieliński łuszcząc, że „Cóż, nie ma już podziału na Europę A i Europę B”. Coś w tym stylu w każdym razie – przytaczam z pamięci. Dla mniej rozgarniętych przetłumaczę to na nasz: „Kiedyś była Europa A (Reale, Barcelony, Manchestery… i Lechy Poznań) i Europa B (Tereki Grozny i Intery Baku). Poziom się wyrównał i teraz wszyscy są w jednej kupie.”
Panie Zieliński. Weź Pan idź do lekarza, takiego od głowy. Oczywiście, że jest Europa A, B a nawet kolejne literki. W której znajdują się Lechy, Wisły, Legie i inni polscy czempioni? Po kolei.
Europa A to nadal Barcelony, Reale i Manchestery i dosłownie parę innych. Z rzadka do nich ktoś dołącza. W ostatniej dekadzie zrobiła to Chelsea. To absolutny top, z którym majster znad Warty nie wygrałby nawet jednego na sto spotkań, o ile rywale podeszliby do każdego z nich na serio.
Europa B to ci nieco gorsi, ale też potężni. Tu rotacja jest większa, ale śmiało można wymienić wszelkie Valencie, Atletica czy Parmy (każdy w swoim czasie naturalnie). Nasz majster, przy pewnej dozie szczęścia mógłby nawet jakiś meczyk wygrać, o ile nie byłoby to spotkanie o wszystko. Bo gdyby było, to wtedy to nie ma nawet po co wychodzić na boisko.
Europa C to solidni średniacy. Pośledniejsze drużyny z Anglii, Włoch czy Hiszpanii, którym udało się wywalczyć miejsce w Pucharze UEFA, a nawet w Lidze Mistrzów. Są to też rutynowi mistrzowie krajów typu Grecja, Czechy czy Rumunia. Zakładać się nie będę, ale ze stu spotkań nasz majster wygrałby może z 10. Tak mówi doświadczenie z ostatnich kilkunastu lat, kiedy to raz jedyny polskiemu mistrzowi udało się pokonać, w drodze do LM, zespół klasy Dinamo Bukareszt.
Europa D to mistrzowie takich krajów jak Izrael czy Bułgaria. Im czasami udaje się nawet dostać do Ligi Mistrzów. Wiele tam nie osiągają, ale za to są zarobieni i mogą powalczyć z Barcelonami i Realami.
Jest jeszcze Europa E, a nawet F. Do pierwszej wrzucę na ten przykład Azerów, tudzież Gruzinów, a do tej drugiej najsłabszych Andorczyków i innych.
Oczywiście można jeszcze tworzyć inne kategorie bardziej rozszerzając klasyfikację. Są drużyny (czy ligi), które w tym układzie plasowały by się gdzieś między opisanymi poziomami, ale mniejsza o szczegóły. Gdzie jest bowiem w ww. układzie majster z Poznania (Krakowa, Warszawy etc.)?
Ano między D i E. Tych z F pokonuje (choć trudno powiedzieć, bo rzadko z nimi grywa – jeszcze!). Z tymi z E walczy. Walczy zażarcie. Zwykle się z nimi wygrywa (jak się poszczęści i nie pokpi rywala), ale nie zawsze się udaje. Ci z D, to już poziom absolutnie porównywalny sportowo, a finansowo nawet chyba wyższy. Szanse zwycięstwa 50/50. Poziom D jest z biegiem czasu coraz trudniejszy do ogrania, ale jeszcze można się łudzić, że to cieniasy.
Mistrz Polski nie grał w Lidze Mistrzów od sezonu 96/97. Od tamtej pory gościli w niej między innymi: FC Koszyce, HJK Helsinki, Maribor Branik, Maccabi Hajfa, Petrżalka Bratysława, Lewski Sofia, Anorthosis Famagusta, BATE Borysów, Apoel Nikozja, FC Debreczyn, oraz na przykład dwa razy po dwa zespoły z Rumunii. O mistrzach Norwegii, Chorwacji czy Szwecji pisał nie będę, bo to naprawdę nie ta liga.
Trener Zieliński żyje w świecie urojonym. Niby przed meczem zapewniał, że nie zlekceważy Azerów, ale wyraźnie dało się odczuć, że to kurtuazja, a nie gadanie serio. Tymczasem powinno być serio! Chciał, nie chciał, poziom Azerów to poziom, do którego polski majster musi się równać. Przykre? No to co, że przykre?
Europa A i B się zrównały? Doprawdy, trefniś.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)