W kwestii katastrofy smoleńskiej sowiecka propaganda jak zawsze świetnie wywiązała się ze swoich obowiązków. Warto przyjrzeć się informacjom podanym zagranicznej prasie w pierwszych dniach po zdarzeniu. Zastanawia informacja o szybkiej akcji ratowniczej - chociaż do dziś nikt nie potrafi określić nawet co do kwadransa momentu katastrofy.
Od razu pojawiły się sugestie, że prezydent spieszył się na transmisję telewizyjną. Największą umiejętnością propagandy jest takie przedstawienie faktów, by odbiorca przyłożył je do własnych możliwych intencji. I tak to tutaj zadziałało. Każdy zwykły śmiertelnik uzna to za sensowne wyjaśnienie, bo i on na pewno spieszyłby się na transmisję w TV. Ale przecież telewizja czekała na pasażerów tupolewa. Trudno sobie wyobrazić, że ceremonia odbywa się bez jej mistrzów a ekipa telewizyjna wraca kilkaset km do Polski, żeby relacjonować obrady spółdzielni mieszkaniowej - bo musi się trzymać planu.
Media zagraniczne zupełnie ominęły natomiast informację, że w lesie katyńskim czekało już ok. 800 osób, które docierały na miejsce pociągiem, przez niemal 20 godzin - i przed którymi była taka sama droga powrotna. Powody do pośpiechu więc na pewno były. Ale wynikające ze szlachetnych pobudek - inaczej niż to zasugerowano.
Informację, że prezydent miał w zwyczaju naciskanie na pilotów, aby lądowali w niebezpiecznych warunkach podano w zagranicznej prasie chyba nawet wcześniej aniżeli w polskiej, będącej jeszcze długo w szoku. Także to, czego już nigdy nie zdementowano: że polski pilot nie znał rosyjskiego (a dokładniej liczebników, choć był w stanie powiedzieć po rosyjsku: "Spróbuję tylko raz i jeżeli starczy mi paliwa, polecę na inne lotnisko").
W Polsce wzbudziłoby to co najmniej niedowierzanie (a ostatecznie zostało całkiem zdementowane). Bez wątpliwości przyjęły to jednak narody nieświadome niuansów słowiańskich języków.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)