Jak co roku w styczniu, główne tematy rozmów po powrocie do pracy to: jak udał się Sylwester i ile długich weekendów da się w nadchodzącym roku „wydłużyć”. Jak co roku, im bliżej 6 stycznia, tym coraz częściej słychać głosy, aby kościelne Święto Trzech Króli uczynić dniem ustawowo wolnym od pracy.
Szkoda, że obywatele sami nie mogą dogadywać się ze swoimi pracodawcami, w których dniach będą pracowicie wykonywać swoje obowiązki, a w których równie uczciwie odpoczywać. Skoro jednak państwo odgórnie wyznacza dni, w których praca najemna jest zakazana (pod pewnymi wyjątkami), to warto rozważyć za i przeciw wprowadzania do kalendarza kolejnych dni wolnych od pracy.
Argumenty odwołujące się do tradycji pozwolę sobie pominąć, bowiem w równym stopniu pozwalają one jednym cieszyć się radością świąt, co dla innych powinny stanowić pogwałcenie ich konstytucyjnych praw. To ciekawe, że ateiści i niechrześcijanie nie protestują przeciwko świętom kościelnym ustawowo wolnym od pracy. Wydaje się, że powinni choćby w takim samym stopniu, jak protestują przeciwko krzyżom w szkołach.
Inna to sprawa, że w sondażach Polacy zgodnie opowiadają się za kolejnymi świętami kościelnymi wolnymi od pracy i – często w tych samych badaniach – okazuje się, że ci sami Polacy coraz rzadziej uczestniczą w praktykach religijnych. Można więc podejrzewać, że dla dużej części naszych rodaków Święto Trzech Króli nie będzie służyć religijnej refleksji, a bardziej przedłużeniu świąteczno-sylwestrowej biesiady.
Racjonalny, ekonomiczny argument za kolejnymi dniami bez pracy, jest jeden. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że wypoczęty pracownik wykonuje swoje obowiązki lepiej. Niestety, nikt jak do tej pory nie wykazał, jaka ilość wypoczynku jest „optymalna”. Funkcja wypoczynek-wydajność na pewno jest do pewnego momentu rosnąca, ale przecież w końcu musi się ustabilizować, a nawet zacząć spadać. Trudno sobie wyobrazić, że - na przykład - 3 miesiące nicnierobienia sprawią, że pracownik będzie bardziej wydajny niż ten, który odpoczywał miesiąc. Można więc mówić o zbawiennej roli świętowania dla gospodarki, ale trudno racjonalnie wykazać, jaki ten wpływ w rzeczywistości jest.
Bardziej wymierne dane mówią o 4 mld złotych strat dla PKB spowodowanych jednym dniem wolnym od pracy. Oczywiście, są grupy zawodowe, które na świętowaniu korzystają: właściciele stacji benzynowych, sklepów całodobowych, taksówkarze itd. Również każdy z nas – indywidualnie – korzysta z wolności, którą może poświęcić na spotkanie z rodziną lub znajomymi. To jednak, co jest krótkoterminową korzyścią dla większości z nas, może być jednocześnie długoterminową stratą dla gospodarki, której przecież częścią wszyscy jesteśmy.
Mamy w Polsce od pewnego czasu wzrost bezrobocia. Doskonale wiadomo, że każdy dzień wolny powoduje, że koszty pracy rosną, co wprost wpływa negatywnie na skłonność do zatrudniania.
Polacy są europejskimi średniakami, jeśli chodzi o ilość dni w roku wolnych od pracy. Zajmujemy pod tym względem 12 miejsce w Europie. Trzeba pamiętać, że decyzja o tym, czy dodamy do kalendarza kolejny dzień leniuchowania, nie musi być grą o sumie niezerowej. Indywidualnie w większości zyskamy, ale wypłaty społeczne i gospodarcze nie muszą być wcale dodatnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)