Krzysztof Osiejuk Krzysztof Osiejuk
1223
BLOG

Przykro mi, ale jest Pan Dzieckiem Bożym

Krzysztof Osiejuk Krzysztof Osiejuk Polityka Obserwuj notkę 22

     Kiedy Janusz Palikot pojawił się pod tak zwanym „oknem papieskim” w Krakowie i przybił do drzwi kartkę… no nie za bardzo wiem, z czym, ale w sprawie takiej oto, że on by nie chciał już dłużej być członkiem Kościoła Katolickiego, i prosi, by to jego życzenie uwzględnić, w całej Polsce podniósł się rwetes co najmniej tak wielki, jakby właśnie się okazało, że oto Janusz Palikot przedstawił ostateczny dowód na to, że Boga nie ma.

     Ja oczywiście rozumiem, że dla ludzi dobrych i prostych, którzy bardzo źle znoszą obecność Szatana, gdy staje się ona zbyt nachalna, zachowanie Palikota może stanowić pewien stres. To co mnie jednak zaskoczyło, to nie stres, lecz fakt, że nawet ci, którzy, wydawałoby się mają jakąś wiedzę na temat Kościoła i tego wszystkiego na czym On jest postawiony, nie mówiąc już o zdecydowanych ekspertach, zaczęli wykazywać zupełnie niezrozumiałe owym gestem podenerwowanie.
 
      I proszę mnie źle nie zrozumieć. Mnie nie chodzi o to, że ja uważam, iż nic się nie stało. Że tym co zrobił Palikot nie należy się w ogóle przejmować. Wręcz przeciwnie. Jestem szczerze przekonany, że stało się coś bardzo ważnego. Tyle że nie widzę najmniejszego powodu, byśmy się mieli czuć jakoś szczególnie przytłoczeni. Odwrotnie. To co się stało, to powód do prawdziwej radości, wynikającej z faktu, że oto po raz kolejny okazało się, że Kościół to skała, a bramy piekielne Go nie przemogą.
 
      W czym rzecz? Otóż jak wiemy, pewnego dnia, kiedy Janusz Palikot był jeszcze niemowlęciem, jego rodzice zanieśli go do Kościoła i poprosili dla niego o Chrzest. Ja nie wiem, czym się ci państwo wówczas kierowali. Możliwe, że, tak jak to często bywa, chodziło wyłącznie o gest, który by im dal pewność, że normalni ludzie nie będą na nich patrzeć jak na dziwadła. Jednak myślę, że cel był jeden. By to dziecko zwyczajnie ochrzcić.
 
      Pojawia się teraz pytanie, czym jest ów Chrzest, przyjąwszy że nie będziemy się tu zdawać na opinię osób, dla których jest On pustym gestem towarzyszącym czemuś, co się nazywa rejestracją? Otóż Chrzest to nie jest rejestracja, ale też nie jest to jakaś sprytna sztuczka prestidigitatorska, polegająca na tym, że kiedy się dziecku wyleje na głowę kroplę świętego oleju, i wypowie kilka dziwnych słów, to dochodzi do pewnej reakcji – czy może iluzji – która sprawia, że mamy do czynienia z nową jakością. Chrzest to tak zwany Święty Sakrament, przez który nie następuje rejestracja, czy jakieś demokratyczne porozumienie, lecz coś prawdziwie realnego. Autentyczna Przemiana. Oczywiście, ktoś powie, że to jest jakaś bzdura. I w porządku. Proszę uprzejmie. Nie zmienia to jednak faktu, że z punktu widzenia Kościoła, tak to właśnie wygląda. A skoro tak, to jest czymś maksymalnie głupim, by od tego właśnie Kościoła ktoś nagle wymagał, by on puścił ten film do tyłu.
 
     A zatem, z tego punktu widzenia, kiedy Janusz Palikot przyjął Chrzest, on nie podpisał kontraktu, z którego się może po latach wycofać, płacąc ewentualnie jakąś umowną karę. Gdyby tak było, to, przepraszam bardzo, ale Kościół – jak by nie patrzeć, instytucja poważna – nie zawracałby sobie takim Palikotem głowy. Ani wtedy, gdy przyjmował Chrzest, ani teraz, gdy on prosi, by przyjąć taką opcję, że tego Chrztu nie było.
 
     I wydaje się, że można by było na tym sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie – a kłamstwo rozpanoszyło się tak wręcz niewyobrażalnie – że tam gdzie należałoby splunąć, należy przekonywać. A zatem przekonujmy. Pewnego otóż razu miałem okazję wziąć udział w spotkaniu towarzyskim, na którym, wśród wielu najróżniejszych osób, pojawili się pan i pani z planami małżeńskimi. Rozmowa kręciła się więc przez pewien czas wokół tematów zwykle pojawiających się w podobnych sytuacjach, czyli domu, pieniędzy, dzieci, przystojnych mężczyzn i ładnych kobiet, kiedy nagle pani z planami wyraziła zaniepokojenie sytuacją, w której będzie musiała pójść do spowiedzi. W tym momencie, dotychczas lekka wymiana lekkich myśli, zamieniła się w dość jednostronną ideologicznie debatę na temat niezrozumiałych represji, z jakimi kochający się ludzie muszą się potykać na drodze do szczęścia. Generalnie, wszyscy zabierający głos uczestnicy spotkania, bardzo współczuli pani prawie młodej i prawie młodemu panu, że będą się musieli ci dobrzy ludzie zmierzyć z tak dramatyczną sytuacją.
 
      W pewnym momencie, któryś z uczestników spotkania, poinformował zainteresowaną parę, że on słyszał o księdzu, który jest księdzem bardzo porządnym i za drobną łapówką jest skłonny podpisać "karteczkę", która, jak kolec w sercu, nie dawała spać zakochanej parze. Więc spróbuje się ten ktoś popytać i uzyskać odpowiednie namiary.
 
      Ponieważ to, co słyszałem stanowiło dla mnie absolutnie fascynująca egzotykę, zwróciłem się do przyszłej małżonki z pytaniem, dlaczego ona w ogóle pragnie wziąć ślub w kościele. Dlaczego nie zarejestruje po prostu małżeństwa w urzędzie, i w ten sposób pozbędzie się kłopotu z bezwzględnym klerem, a przy tym zaoszczędzi na ewentualnym haraczu dla księdza o dobrym sercu. Zakochana pani była bardzo zdziwiona moim pytaniem, a ponieważ nie chciałem drążyć tematu, przyjąłem tylko uprzejmie wyjaśnienie, że przecież ślub musi być w kościele. Zaproponowałem więc  tylko, żeby może poprosiła swojego tatę, albo kolegę, żeby złożył jakikolwiek podpis na karteczce, która stanowiła dla niej taki problem i dołączyła do innych dokumentów, ale to już było zdecydowanie za dużo. W dodatku, ponieważ moja znajoma zaczęła węszyć prowokację, zamilkłem i temat zamknąłem.
 
      Pozostał problem. Po co ludzie, dla których kwestie wiary, religii, Kościoła są kompletnie obce, tracą czas na takie drobiazgi, jak to, czy ślub ma być kościelny, czy nie-kościelny?
 
      Od razu muszę też się przyznać, że to, co mnie spotkało podczas omawianego spotkania, owszem, było intrygujące, niemniej nie stanowiło jakiegoś bardzo dużego szoku. Niejednokrotnie w moim życiu, spotykałem się z ludźmi, którzy sprawy religii traktowali – że tak powiem – specyficznie. Koleżanka mojej córki, na przykład, kiedy ma mieć egzamin, zakłada na szyję łańcuszek z Matką Boską, a kiedy już się dowie, że zdała (a jak nie zdała, to tym bardziej), zdejmuje ten swój medalik, bo "to głupio wygląda".
Jestem też pewien, że choćby ta młoda osóbka, czy to przy okazji chrztu swojego dziecka, czy to jego Pierwszej Komunii, czy, wcześniej, przy okazji swojego ślubu, czy za wiele, wiele lat, widząc nadchodzącą śmierć, będzie się nieustannie zmagać z kwestią, jak tu poradzić sobie z kaprysami Kościoła.
 
      Umiera człowiek, który w życiu nie chodził do kościoła. Ba, człowiek, którego rodzina, od ślubu, właśnie, czy może wręcz od Pierwszej Komunii, nie miała z kościołem, zarówno z dużej, jak i małej litery, żadnego kontaktu. Człowiek, który niejednokrotnie ów kościół i księży traktował wyłącznie jako obiekt żartów i szyderstwa. Umiera ów człowiek, a ci z jego otoczenia, co jeszcze przez jakiś czas muszą tu pozostać, zaczynają podejmować zabiegi na rzecz zorganizowania dla zmarłego kościelnego pochówku.
 
      I dobrzy ludzie dręczą się myślą, po co? Gdyby chodziło o zwykły strach przed piekłem, to jeszcze rozumiem. Ale najczęściej wszystko wskazuje na to, że o piekle nikt nie myśli. Problem sprowadza się wyłącznie do żądania pięknej uroczystości i do pomstowania na bezdusznego księdza-służbistę.
 
      Myślałem więc sobie o tej dziwnej kwestii wielokrotnie. Ostatni raz podczas pogrzebu, jak się niespodziewanie pewnego dnia okazało, świętej pamięci profesora Bronisława Geremka. I właśnie wtedy przypomniał mi się wywiad, który jeszcze przed laty opublikowała „Gazeta Wyborcza” z którymś z wyższych rangą polskich masonów. Mistrz ów, w owym wywiadzie, na pytanie, co przyciąga tak wielu wybitnych ludzi do Loży, wśród kilku powodów, wymienił coś, co, według mojej pamięci, brzmiało, jak "stara, ponad dwustuletnia tradycja wolnomularstwa".
 
      Wówczas, kiedy jeszcze czytałem te słowa, czułem oczywiste rozbawienie, ale w miarę upływu lat, problemu tej – a przecież nie tylko tej – nędznej i żałosnej tradycji, mogłem doświadczać już wielokrotnie na własne oczy.
 
      Akurat nie trzeba być masonem, żeby raz na jakiś czas stanąć twarzą twarz z własną nędzą. Z mojego punktu widzenia, żeby poczuć tę samotność, wystarczy w ogóle oderwać się od czegoś, co bez narażania się na łatwe kpiny, można nazwać tradycją i historią. Z tego punktu widzenia, w którym się szczęśliwie znalazłem, sprawy się mają tak, że jeśli stracimy ten szczególny drogowskaz w postaci tego, co daleko za nami, stajemy się nikim. I wcale tym drogowskazem nie musi być religia rzymsko-katolicka. Wystarczy, żebyśmy w naszej świadomości mieli cokolwiek, na co będziemy się mogli powołać i do czego się odwołać, a co jednak będzie sięgało nieco dalej, niż marne dwieście lat wstecz. I to nam też powinno zdecydowanie wystarczyć.
     
      Pragnę jednak wrócić do kwestii tych wszystkich uroczystości na styku religii i życia codziennego. Chodzi o to mianowicie, że jakkolwiek by na to nie patrzeć, w kulturze, w której wszyscy żyjemy, jeśli chcemy prawdziwego święta i prawdziwej uroczystości, to musimy zawsze zwrócić się do Kościoła. Czy to jest Boże Narodzenie, czy to są Święta Wielkanocne, czy zwykła "powszednia" niedziela, za tym wszystkim zawsze stoi Kościół. Pamiętam, jak kiedyś, bardzo już dawno temu, któryś z działaczy Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Gdańska – może to był nawet Donald Tusk – przechwalał się, że oni w niedzielę nie chodzą do kościoła, ale idą pograć w piłkę. I ani mu do głowy nie przyszło do głowy, że po to, żeby pograć w piłkę, też musi poczekać do niedzieli, która na przykład w języku rosyjskim do dziś oznacza Zmartwychwstanie.
Więc nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli chcemy liczyć na prawdziwie uroczysty pogrzeb, czy ślub, czy jakąkolwiek inną okazję, musimy zwrócić się o pomoc do Kościoła. Bo tylko Kościół może się wykazać odpowiednio długą tradycją, a dzięki niej właśnie, odpowiednio bogatymi środkami, żeby nadać jakiemukolwiek wydarzeniu prawdziwie piękną oprawę. Bez tego, co może nam zapewnić tylko Kościół, możemy się co najwyżej najeść i napić wódki. A jeśli mamy trochę więcej pieniędzy, to jeszcze zamówić sobie występ piosenkarki.
 
      Właśnie dlatego, kiedy zapragniemy zawrzeć związek małżeński, a chcemy, by ten dzień zapisał się w naszej pamięci, jako dzień szczególny i kiedy chcemy, żeby był i welon i żeby była biała suknia i żeby sypano na nas czy to kwiaty, czy to ryż, czy zwykłe grosiki i kiedy chcemy, żeby nam grały prawdziwe organy, a nie tandetny keyboard, musimy zwrócić się do Kościoła.
I właśnie dlatego też, kiedy umrze nam osoba bliska, albo kiedy umrze człowiek wybitny, godny wielkiego gestu i wielkich słów, wiemy, że ten gest i te słowa mogą paść tylko z ust księdza.
 
      Skoro już wrócił temat niegdysiejszego pogrzebu Bronisława Geremka, pozwolę sobie na jeszcze jedną refleksję. Otóż wielu moich znajomych zadawało sobie i mnie pytanie, dlaczego rodzina i przyjaciele zmarłego Profesora, człowieka, który zdawał się stać bardzo, bardzo daleko od Kościoła Rzymskokatolickiego, człowieka, który najprawdopodobniej absolutnie nie uważał za konieczne uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach, po jego śmierci poprosili o najbardziej uroczystą mszę w warszawskiej katedrze, z udziałem trzech wybitnych katolickich biskupów, z odpowiednimi pieśniami, z odpowiednimi modlitwami i z pełną oprawą eucharystyczną. Czy to dlatego, że ktoś kto zmarłego Profesora kochał, wystraszył się nagle, że bez tego wszystkiego pan Profesor nie zostanie zbawiony? Ależ co za bzdura! Chodziło dokładnie o to samo, o co chodziło podczas organizacji pogrzebowych uroczystości księżnej Diany i tylu innych zmarłych osób, masonów, ateistów, gangsterów, ale również najzwyklejszych, bardzo porządnych ludzi, których jedynym grzechem było to, że nie zaznali łaski wiary. Ludzi. dla których niedziela nigdy nie stanowiła pretekstu do udania się na Mszę Świętą, ale którzy zawsze pragnęli mieć piękny pogrzeb.
 
      Zastanówmy się. Jakiż to miałby pogrzeb wspomniany profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, czy może za ileś tam lat – Janusz Palikot, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
 
      Dlatego więc, kiedy słyszę tu i tam różne głosy sprzeciwu, czy wręcz oburzenia, a choćby tylko zwykłego zdziwienia, odpowiadam: A jakże inaczej?
I niech już tak będzie. Po tych wszystkich latach, kiedy nikt z nich od Kościoła nie chciał nic, to o to jedno mogą się zwrócić. A my szczodrą ręką możemy im to dać. I jeszcze modlitwę możemy dorzucić. Nawet bez proszenia.
 
       Tyle tylko – i wygląda na to, że to się stało dla wielu z nich problemem – że skoro już cała ta procedura została uruchomiona – jak najbardziej przez ów zapomniany już siłą rzeczy Święty Chrzest, przez tę też już ledwo wspominaną Komunię Świętą, przez to zapomniane kompletnie Bierzmowanie – dobrze bardzo by było, gdyby nikt się nie spodziewał, że nagle się wszyscy zbierzemy i uradzimy, że tak naprawdę, to był tylko taki żart. No ale jeśli ktoś chce to traktować na poważnie, niech nie liczy na nas. Bo myśmy w międzyczasie się rozmyślili. Bo to jest dokładnie tak samo jak z tą sztuczką prestigitatorską. Skoro zgodziłeś się w niej wziąć udział i zostałeś zamieniony w królika, to przy pewnym szczególnym zbiegu okoliczności, tym królikiem trzeba będzie zostać już do końca. Zwłaszcza gdy prestigitatorem był sam Pan Bóg.
 
       Zgadza się, ten przykład jest dość głupi i naciągany, ale, jak sądzę, w sam raz, biorąc pod uwagę poziom do jakiego całą sprawę postanowił sprowadzić Janusz Palikot i ci wszyscy, którzy uważają, że on tam jednak jakąś rację ma.
 
       Powyższy tekst ukazał się w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety”. 

taki sam

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (22)

Inne tematy w dziale Polityka