Krzysztof Osiejuk
Posłuchaj, to do Ciebie
139 obserwujących
1440 notek
4758k odsłon
  9558   0

Czego się boi ojciec Krzysztof Mądel SJ?

       Być może część osób czytających te słowa poczuje zaskoczenie, lub wręcz zacznie podejrzewać, że ja zwyczajnie nie mówię prawdy, jednak fakt jest taki, że w stosunku do osób duchownych ja mam w sobie tyle wyrozumiałości, że szczerze powiedziawszy, nie umiem sobie wyobrazić, co musiałby zrobić jakiś ksiądz, czy ojciec zakonny, czy tym bardziej siostra zakonna, żebym ja uznał za stosowne zacząć traktować ich z brutalnością, jaką wykazuję niekiedy do osób świeckich. Nie będę oczywiście próbował nikogo przekonywać, że ów specjalny rodzaj szacunku automatycznie uniemożliwia mi traktowanie niektórych przedstawicieli duchowieństwa z pewną nonszalancją, niekiedy wręcz przechodzącą w pogardę, jednak jestem pewien, że nikt nigdy ani nie widział, ani nie zobaczy, bym nawet najbardziej zepsutego księdza potraktował bez podstawowego, należącego się mu szacunku. A więc, bym w stosunku do niego użył gestu, czy języka, jaki bez najmniejszego problemu któregoś dnia zastosuję, mam nadzieję, wobec dajmy na to takiego Kamila Durczoka, Daniela Olbrychskiego, czy Zbigniewa Hołdysa, włączając w to jak najbardziej tradycyjny kop w dupę. Oni – owszem. Ojciec Krzysztof Mądel – nigdy.

      Dlaczego, jak idzie o ojca Mądela, kopnięcie w zadek nie wchodzi w grę? Dlaczego w jego przypadku nie wchodzi w grę nawet to, bym zaczął się do niego zwracać per „proszę pana”? Odpowiedź jest prosta. Ja naprawdę wierzę w to, że kapłaństwo jest jednym ze świętych sakramentów, i sam ów fakt, nawet jeśli do pewnych rzeczy ich nie zobowiązuje, z całą pewnością zobowiązuje mnie. Do czego? No choćby do tego, by kogoś, kto jest w stanie wybaczyć mi moje grzechy, lub namaścić mnie świętymi olejami, gdy będę umierał, lub odprawić za mnie nabożeństwo, gdy będę cierpiał w czyśćcu, traktować w sposób specjalny. Nawet jeśli wiem, że ten ktoś to złodziej, dziwkarz, kapuś, czy niechby nawet i osobisty kumpel prezydenta Komorowskiego. Niechby nawet miało się okazać, że ów święty mąż prowadzi bloga, na którym wyłącznie sieje zgorszenie. Dla mnie Mądel pozostaje kimś specjalnym z tego jednego powodu, że swego czasu został wskazany przez Ducha Świętego, jako mój powiernik, i nic mi o tym nie wiadomo, by tamto wskazanie utraciło ważność.
      A Bóg mi świadkiem, że bywa niełatwo. Jak wielu czytelników mojego bloga zapewne wie, o. Krzysztof Mądel SJ również jest blogerem i to blogerem o pozycji na tyle w Salonie24 znaczącej, że kiedy on postanawia przemówić, jego głos zostaje zawsze odpowiednio nagłośniony. Jakie to są teksty, że administracja Salonu uznała za stosowne je traktować z taką uwagą? Mówiąc bardzo krótko, to jest, jak idzie o relacje między wymiarem duchowym a świeckim, coś pomiędzy Janem Ferdynandem Libickim a Stefanem Niesiołowskim. Co do kwestii ściśle technicznych, wypowiadać się nie mogę, bo od dawna twierdzę, że ja, poza Gabrielem Maciejewskim nie mam konkurencji, i to w sposób dość drastyczny, i jedyne na co mnie w stosunku do ojca Mądela stać, to go pochwalić, że pisze z całą pewnością lepiej niż bloger Wszołek, a kto wie, czy też nie i blogerka Kataryna. A zatem od czasu do czasu czytam fragmenty jego tekstów, widzę tę dramatyczną ludzką mizerię, połączoną z jaką taką sprawnością łączenia słów w zdania, a zdań w akapity, która prawdopodobnie kazała ojcu Mądelowi uwierzyć, że to go czyni kimś o tyle lepszym od innych księży, że może głosić swoje mądrości z tym szczególnym, charakterystycznym dla pewnego gatunku wiejskich proboszczów, błyskiem w oku, i zastanawiam się, czemu on to robi, o co mu chodzi, jaki ma cel?  Co się musi stać, by on uznał, że już wystarczy?
      Ktoś powie, że ojciec Mądel, jako kapłan i nauczyciel, ma obowiązek głoszenia Słowa Bożego, tyle że on akurat uznał, że Internet to jest jeszcze jedno miejsce, gdzie owo Słowo może odpowiednio zabrzmieć. Rzecz jednak w tym, że o ile się zdążyłem zorientować, on tutaj mówi o wszystkim tylko nie o Zbawieniu i o Wierze, która jest nam wszystkim do niego potrzebna. Krzysztof Mądel SJ  głównie wyjaśnia tym, którzy przychodzą go czytać, skąd wiadomo, że w Smoleńsku nie doszło do zamachu, ale zaledwie błędu pilotów i dlaczego Donald Tusk i prezydent Komorowski to są fantastyczni przywódcy. A więc może on tu jest z misją, mająca na celu pokazanie swoim braciom w Wierze, że życie w kłamstwie prowadzi do Złego, i zawrócenie ich ze złej drogi? Też nie bardzo. Z tego co się orientuję, ci wszyscy, którzy zdaniem ojca Mądela błądzą, a zaglądają na jego blog, są już na niego tak wściekli, że wielu z nich zwyczajnie uznało, ze on nie jest żadnym księdzem, tylko jakimś ruskim szpiegiem. A zatem, jeśli mieliśmy kiedykolwiek do czynienia z jakąś misją, to ta misja jest zwykłą pomyłką.
       A zatem, jeszcze raz, po co on tu sterczy i publikuje te swoje teksty? Może jest tak, że ma te swoje poglądy, jest do nich serdecznie przywiązany, ale ponieważ wierzy, że nie można tak do końca być przekonanym, że wszystko co człowiek sobie wymyślił, to ostateczna prawda, chce porozmawiać i  czegoś się przy okazji może nauczyć? Tyle że znowu, ja nie wiem za bardzo od jak dawna on tu jest, ale dziś sytuacja jest taka, ze o. Mądel publikuje swój nowy tekst i jest natychmiast albo zarzucany obelgami ze strony osób, które go nienawidzą, albo otrzymuje jakieś zdawkowe gesty solidarności ze strony tych, którzy nim, jako osobą duchowną oczywiście gardzą, ale korzystają z każdej okazji, by poinformować, że kaczka po Smoleńsku, to fantastyczny wynalazek. A więc, czego on się tu może ciekawego dowiedzieć? Że miał zawsze rację? Może.
        Ponieważ ojciec Krzysztof Mądel jest, podobnie jak nowowybrany papież Franciszek, jezuitą, bardzo czekałem na pierwszy jego tekst, w którym przedstawi on swój komentarz na temat tego wielkiego wydarzenia. Czego się po nim spodziewałem? Powiem szczerze, że niczego, co by miało zmienić moją opinie na temat jego autora. Myślałem, że może on napisze, że to fantastyczna wiadomość, bo kardynał Bergoglio to bardzo nowocześnie myślący człowiek, skromny i o dużym poczuciu humoru, w dodatku świetnie wykształcony i znający języki, albo – odwrotnie – że niestety kardynałowie pokazali, że nie chcą żadnych zmian w Kościele i przez ten akt tchórzostwa kryzys wiary na świecie będzie się nadal pogłębiał. Albo ewentualnie ani papieża nie skrytykuje, ani nie pochwali, tylko napisze, że wszyscy ci, co się spodziewali, że z nowym papieżem Kuria Rzymska powoła do życia komisję mająca wyjaśnić katastrofę w Smoleńsku, mogą się czuć zawiedzeni. Tymczasem nie stało się ani jedno, ani drugie, ani trzecie. Ojciec Krzysztof Mądel zabrał głos, jako jezuita, i jako jezuita poinformował papieża Franciszka o tym, jak on, jako też jezuita, powinien ten swój pontyfikat poprowadzić, by nie przynieść wstydu innym jezuitom. Zupełnie jakby wczoraj wieczorem ojciec Mądel usłyszał, że papieżem został jezuita i uznał, że skoro tak, to on zostaje jego pierwszym doradcą. Cały tekst ojca Mądela to drastyczny popis arogancji na poziomie dotychczas przeze mnie niezaobserwowanym, a dyskusja pod nim, to w przeważającej części, najbardziej nieprzyjemny pokaz złośliwości i kompletnego braku szacunku dla koloratki.
      Ponieważ tym razem ja już naprawdę nie potrafiłem pojąć, czemu, jeśli założyć, że nie postradał do końca zmysłów, on to robi, pomyślałem, że napiszę mu komentarz, w którym z jednej strony zwrócę mu uwagę na niestosowność jego zachowania, a z drugiej zaapeluję o refleksję. Komentarz ów brzmiał mniej więcej tak:
      „Proszę mi powiedzieć, co takiego jest w nowym pokoleniu jezuitów, że to Wasze zarozumialstwo stało się aż tak drastycznie niszczące? Ja znam wielu ludzi zarozumiałych, ale każdy z nich ma w sobie pewien szczególny urok, który sprawia, że da się ich tolerować, no i tę świadomość własnych ograniczeń, która chroni ich przed śmiesznością. Arogancja, jaką się Ojciec wykazał, jest tak porażająca, że ja czegoś podobnego nie widziałem nawet wśród najbardziej zepsutych dominikanów. Mam szczerą nadzieję, że papież Franciszek, jako przedstawiciel tego pokolenia jezuitów, do którego Ojciec czuje wyłącznie pogardę, swoje urzędowanie zacznie od tego, że zrobi porządek właśnie wśród Was. Było by prawdziwym wstydem, gdyby tak wspaniała tradycja miała się aż tak stoczyć”.
        Dlaczego ja nie mogłem zacytować swojego komentarza w brzmieniu oryginalnym? Otóż dlatego, że go nie zapisałem, ojciec Krzysztof Mądel SJ z kolei, pierwsze co zrobił, kiedy go przeczytał, to go usunął, a możliwość dalszego umieszczania przeze mnie kolejnych zablokował. Czy mnie to oburza? Ani trochę. Sam, ile razy za komentowanie się na moim blogu zabiera ktoś, z kim nie mam przyjemności, wpisuję go na listę autorów niepożądanych. Samych komentarzy raczej nie usuwam, ale to jest maksimum tego, na co mnie stać w stosunku do tych, których nie lubię. A więc może z tego powodu, że nie będę mógł już więcej u ojca Mądela komentować, jest mi zwyczajnie smutno. Otóż też nie. Nie jest mi z tego powodu smutno. Ani nie jest mi smutno, ani wesoło. Biorąc pod uwagę, że to był i tak z mojej strony pojedynczy gest, to że on mnie zbanował pozostaje dla mnie bez znaczenia. A więc może ja się czuje źle, bo mnie ktoś potraktował z buta, a moje rozdęte ego takich sytuacji nie wytrzymuje? Może, jednak nic mi na ten temat nie wiadomo. Natomiast wiem, że mnie ten gest bardzo, ale to bardzo zaskoczył. Ja w życiu bym się nie spodziewał, że ojciec Mądel w ogóle banuje, a już zupełnie tego, że on zbanuje kogoś, kto, choć oczywiście go bardzo krytykuje, przynajmniej zwraca się do niego z szacunkiem i bez wyzwisk. Myślałem sobie, że skoro ojciec Mądel nie dość, że toleruje u siebie popisy chamstwa wręcz niewyobrażalnego, a niekiedy z tych chamstwem wręcz wchodzi w polemikę, to coś takiego jak mój komentarz najwyżej pominie pełnym godności milczeniem. Tymczasem stało się tak, że on przeczytał ten tekst, dostał takiej cholery, że natychmiast go wyrzucił, a następnie zrobił wszystko, bym ja się tam u niego więcej nie pojawił.
       A więc znów, wraca ta pierwsza kwestia. Co on tu w ogóle robi? O co mu chodzi? Co mu każe tu spędzać tyle czasu, wedle wszelkich danych, kompletnie nadaremno? No i oczywiście natychmiast kwestia druga. Skoro nagle się okazało, że on wcale nie jest taki pewny siebie, taki zarozumiały i taki nieugięty, to czego się boi? Czego się boi Krzysztof Mądel SJ? Aż nie mogę uwierzyć, że chodzi wyłącznie o to, że on nie może znieść myśli o tym, że któregoś dnia się okaże, że on wcale nie jest żadnym jezuitą, żadnym księdzem, a nawet niewykluczone, że żadnym Mądelem, tylko jakimś zwykłym Józkiem z Bytowa, który postanowił znaleźć sobie jakieś miejsce w życiu i wyszło mu na to, że Internet będzie w sam raz. Nie wiem. Dziś widzę, że wszystkie możliwości są otwarte. Na wszelki jednak wypadek, trzymam fason zdejmuję grzecznie czapkę, i mówię „Z Panem Bogiem, proszę Ojca”.
Lubię to! Skomentuj154 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale