Poniedziałek: talerz na stół, łycha kaszy, lyżka skwarków i wymarsz do małego pokoju, w kótrym Józka siada na starym fotelu i oddaje się niespiesznej kontemplacji stanu swojego manicure
Wtorek: talerz na stół, łycha kaszy, łyżka skwarków i wymarsz do małego pokoju, w kótrym Józka siada na starym fotelu i oddaje się niespiesznej kontemplacji stanu swojego manicure
Środa: talerz na stół, łycha ryżu, łyżka sosu i wymarsz do małego pokoju, w kótrym Józka siada na starym fotelu i oddaje się niespiesznej kontemplacji stanu swojego manicure
- O, jakaś odmiana - powiedział Jan Kac, ale jego słowa padły w próżnię, bo małżonka już opuściła kuchnię. Ciężkie, głodowe, ciche dni. To, co dostawał na obiad od kilku dni, to nawet nie przystawki. W przerwach w pracy musiał dojadać. Ale wolał siedzieć jak mysz pod miotłą po tej sobocie i niedzieli, kiedy w Boży dzień, zamiast jak inni - schludnie ubrany pójść do kościoła na mszę, stał w południe na parapecie okna Ziutka spod 12stki i śpiewał na całe gardło "My, czterej pancerni". No a potem przyjechała Straż Miejska, a że nagle chwycił Janka paniczny strach, bał się ruszyć i przyjechała Straż Pożarna, ściągali go na drabinie, wszystkie kamienice się zleciały, a z piętra niżej leciał nieprzerwany strumień złorzeczeń poczerwienialej ze wstydu Józki. Zasłużył sobie na karę i wiedział o tym. Więc siedział cicho.
W czwartek Janek wrócił z roboty, wszedł do kuchni i zobaczył, że już czeka na niego pelny talerz gęstej grochówki. Józka kręciła się w fartuchu, jednak gdy chciał już coś powiedzieć, przyłożyła palec do ust, więc zmilczał. Pochłonął wojskową grochówę i na stól wjechała kaczka zapiekana ze śliwkami i serem, do tego ziemniaczki i surówka z marchewki i... w tym momencie się wzruszył: piwo Książęce, tak trudne do dostania na osiedlu, niepasteryzowane, najlepsze piwo z najdłuższą tradycją. Ech - westchnął tylko.
Gdy już zjadl i otarł usta chusteczką, Józka siadła naprzeciwko.
- A wiesz czemu to wszystko? - spytała.
- Nie wiem, nie zaslużyłem chyba - odparł nieśmiało Janek.
- Jasne, że nie zaslużyłeś. Ale dzisiaj oglądałam telewizję i tam takie jedno zdanie uslyszałam, to sobie przypomniałam z podstawówki jeszcze: że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. I to mówił któryś z tych dziennikarzy odnośnie chyba jakiegoś spotkania w Pułtusku z prezydentem, ale dokladnie to nie wiem, bo z kuchni słyszałam. I mówił o tym, że każdy dokonuje wyborów, tak usłyszałam. I tak mi ciebie zrobiło się szkoda, że może się rujnujesz, czy co, a ja przecież ciebie wybrałam i z tobą przy ołtarzu stałam.
Tu Józka się romarzyła. Ale tylko na chwilę, bo zaraz zakrzyknęła: Obiecaj mi, że już z tym warchołem, Ziutkiem nie będziesz się zadawać!
- Obiecuję - rąbnął się twardą łapą w pierś Janek. Od przyszlego tygodnia - dodał w myśli.





Komentarze
Pokaż komentarze (2)