Jankowi Kacowi trafiła się niezła fucha w lipcu i zarobił na rękę tyle, że mógł się w końcu wybrać z żoną Józką na wakacje do rodziny w Koszalinie. Wuj Stefan mieszka na ul. Łąkowej w dzielnicy Dzierżęcino, skąd już tylko niecały kilometr do Jez. Lubiatowo.
Niedziela to dzień, kiedy można z wujostwem wybrać się wspólnie do Lubiatowa i od rana siedzieć na pomoście, pływać i popijać piwo Topielskie Jasne. I taki właśnie plan realizowali Kacowie z wujostwem. Wuj Stefan znał miejsce, obok dawnego poligonu, gdzie wprawdzie stała jeszcze tabliczka: teren wojskowy, wstęp wzbroniony, ale - jak zawsze twierdził - tylko dlatego, że po prostu zapomniano jej usunąć. Kilkaset metrów dalej był piaszczysty brzeg i długi pomost, u którego końca wody było na dwa metry, akurat, żeby skakać na "bańkę".
Siedzieli sobie ze Stefanem na pomoście, popijali Topielskie, a baby leżały w ciemnych okularach na kocach i wystawiały nasmarowane twarze do słońca. Nagle dało się słyszeć buczenie silnika. Panowie przysłuchiwali się, trzymając puszki w dłoniach. Buczenie zbliżało się. Po chwili dało się słyszeć, że to buczenie "idzie z góry", jak to ujął Stefan. I naraz zobaczyli. Śmigłowiec wleciał nad taflę jeziora, najwyżej pięćdziesiąt metrów nad wodą! Znajdował się nie dalej, niż półtora kilometra od pomostu!
- Ocierdolę - jęknął Stefan, emerytowany lotnik. - To radziecka rządówka, MI8.
Pchnął Janka mocno w tył, tak że ten wleciał przewrotką w tył, plecami, w wodę, wciąż jednak trzymając puszkę w pionie, a po chwili sam wskoczył do wody.
- Pod pomost - ryknął do Janka, który właśnie wynurzył się z wody.
Baby już podniosły głowy, rozglądając się po niebie.
- Chować się po krzakach - ryczał jak najgłośniej mógł Stefan.
Baby zwinęły szybko koce, gazety i kremy do opalania i pobiegły w krzaki. Widocznie żona Stefana, Zocha, wiedziała co robić w "sytuacji awaryjnej", jak zwykł mawiać wuj Stefan.
Po chwili śmigłowiec przeleciał nad pomostem, potem nad krzakami i wylądował jakieś pięćdziesiąt metrów dalej.
- Nie wychylaj się - syknął Stefan do Janka. I sam się wychylił.
- O ciekadolę - jęknął. - To Ziobro!
- Ten Ziobro? - szepnął Janek i sam wychylił głowę. - Ożeszty, ten!
Pilot i minister zmierzali sprężystym krokiem w kierunku krzaków.
- To Ziobro - zapiszczała Józka Kac.
- Cicho - zasyczała Zocha.
Panowie zatrzymali się najwyżej dwa metry od krzaka, za ktorym ukryły się baby. Jak się okazało, za potrzebą.
- No, to stąd już tylko kawałek do prokuratury - powiedział pilot.
- Dzięki - odparł minister.
I tyle usłyszały Zocha i Józka. Panowie poszli, podjechała czarna Lancia, wsiadł do niej minister i odjechał, wzbił się w górę śmigłowiec.
Po minucie cała czwórka stała przy pomoście i gorączkowo się przekrzykiwała.
- I co wyście słyszały? - krzyczał Stefan, a wtórował mu Janek.
- A co wam do tego, co słyszałyśmy? - odparowała Józka. - Ale za to, co widziałyśmy - rozmarzyła się Zocha. I obie panie spojrzaly wymownie na siebie, kiwając głowami. A panowie poczerwienieli, bo poczuli się jak politycy zamieszani w seksaferę.
Edit: WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI: wśród kilkusetosobowej grupy zgromadzonej pod koszalińską prokuraturą jest także Jan Kac z Józką oraz wuj Stefan z Zochą.





Komentarze
Pokaż komentarze (2)