14 obserwujących
246 notek
121k odsłon
3234 odsłony

Sprawa Grodna

Wykop Skomentuj29

Andrzej Owsiński

Sprawa Grodna

Chłopisko wielkie, ale dyktatorek mały, traktuje Białoruś jak swoje lenno. Nie jest Białorusinem ani z języka ani z kultury, po prostu trzyma się władzy i swoich profitów.

Jest typowym wielkorządcą prowincji z łaski putinowskiej i wbrew naiwnym opiniom nie lawiruje między wschodem i zachodem, a stara się o jak najlepsze warunki dla swojego gospodarstwa uzyskać od rzeczywistego mocodawcy.

Udawanie niezależności i demonstrowanie niechęci do formalnego zjednoczenia z Rosją, skończyło się w chwili realnego zagrożenia posiadanej władzy i „na strach wragam” trzeba było ujawnić mocodawcę.

Można Łukaszence przypisywać różne cechy, jedno jest pewne: nie jest to facet naiwny i zdaje sobie doskonale sprawę że obranie zachodniego kursu przez Białoruś oznacza dla niego przynajmniej utratę władzy, a może i znacznie gorzej.

W sytuacji wewnętrznego zagrożenia swojej pozycji posługuje się wypróbowaną kacapską metodą poszukiwania wroga na zewnątrz.

Mając do wyboru graniczne kraje musi oczywiście wybrać Polskę, gdyż sama wielkość Litwy czyni z takiego zabiegu humoreskę. Poza tym Litwinów nie ma na Białorusi, natomiast Polacy są i to mocno widoczni.

Prymitywny chwyt w postaci przypisania Polsce chęci odbioru Białorusi Grodna ma według niego ułatwić mu rozprawę z wrogami wewnętrznymi przez mobilizację narodową dla obrony całości kraju.

Tego rodzaju retoryka wpisuje się doskonale w putinowską, która też robi z Polski zaborcę zamierzającego zabrać Rosji „odwieczne ruskie ziemie obwodu kaliningradzkiego”.

Z kolei nacjonalistom ukraińskim wskazuje się na „Zasanie”.

Wszystko to nie przeszkadzało w czynieniu w swoim czasie propozycji Polsce zwrotu przynajmniej części zagrabionych przez Sowiety ziem Rzeczpospolitej za cenę wymuszonego partnerstwa.

W tej próbie odwołania się ze strony Łukaszenki do narodowej solidarności Białorusinów jest jednak słaba strona w postaci czynienia z Białorusi rosyjskiej prowincji przez język, odrzucenie herbu i flagi białoruskiej, a najgorsze zastąpienie historii i swoistej kultury na rzecz sowiecko rosyjskiej mentalności.

Jakiej to zatem Białorusi chce bronić jej wielkorządca z obcego nadania.

Stosunki polsko białoruskie przed wojną ograniczały się do bardzo nielicznej elity złożonej z kilku ziemian z polskim nota bene szlachectwem i paru inteligentów, przeważnie nauczycieli z księdzem dziekanem Chodyko, proboszczem fary białostockiej. Większość z nich była katolicka.

Lud białoruski albo był „miejscowy”, jak choćby Poleszuccy, albo podlegał agitacji bolszewickiej nie ukrywającej swojej rosyjskiej proweniencji.

Osobiście zetknąłem się z księdzem Chodyko w białostockim więzieniu kiedy został aresztowany przez Gestapo wraz z grupą działaczy białoruskich, którzy uzyskali u Niemców możliwość tworzenia białoruskich jednostek zbrojnych.

Kiedy jednak Niemcy zażądali ich użycia dla własnych celów to całe to wojsko czy jednostki policyjne, trudno ocenić, rozpierzchło się, a inicjatorów aresztowało Gestapo, zresztą nie na długo, bowiem większość wypuszczono wraz z księdzem dziekanem.

Sowieckie dowództwo partyzanckie traktowało Białorusinów jako swoich podwładnych, dokonywało regularnego poboru do swoich oddziałów i obdzierało ze wszelkich dóbr z samogonem i zakąską na czele. Byli też wykorzystywani zarówno w armii Berlinga jak i służbach bezpieczeństwa rządu lubelskiego, nie przeszkadzał w tym brak wykształcenia, a niekiedy słaba znajomość polskiego języka.

Nie wszyscy Białorusini dali się zsowietyzować. Na przełomie roku 1943/4 kiedy na terenie obwodu białostockiego prowadziłem w warunkach polowych kurs „dla młodszych dowódców” warunkiem przyjęcia była albo odbyta przedwojenna służba wojskowa ze szczególnym uwzględnieniem udziału w kampanii wrześniowej, lub dla młodszych ukończenie siedmiu klas szkoły powszechnej i staż w AK.

Czasami trzeba było odstąpić od tych wymagań i przyjmować z brakami w wykształceniu, ale za to z osiągnięciami w służbie.

Między innymi takich kandydatów podesłał mi dowódca drużyny ze wsi Wólka w juchnowieckim rejonie, przedwojenny plutonowy rezerwy Karol Wendeker „Rzeka”.

Po kilku dniach przyszli do mnie ze skargą że któryś z „kursantów” odsyłał ich do sowieckiej partyzantki jako Białorusinów. Byłem tym zaskoczony i zapytałem ich czy rzeczywiście są Białorusinami? Na co otrzymałem odpowiedź że są prawosławni, ale polscy obywatele i nie chcą służyć Sowietom. Nie bardzo wiedziałem co mam z nimi zrobić, ale nie z tego tytułu, a ze znacznych braków w wykształceniu. Po zasięgnięciu bliższych informacji u „Rzeki” postanowiłem ich zostawić w normalnej służbie bez obowiązku uczestniczenia w szkoleniu. Pełnili bardzo dobrze służbę pomocniczą jak choćby w przewożeniu broni i amunicji.

Wykop Skomentuj29
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka