Pewna wykładnia Soboru Watykańskiego II, jest mi szczególnie bliska. Można ją w skrócie przedstawić jako czytanie tekstów soborowych zamiast wsłuchiwania się w tzw. ducha soboru. Rzeczywiście, tak wiele zmian w ostatnich czterdziestu latach usprawiedliwiano w Kościele tym duchem, że trudno podchodzić dzisiaj poważnie do tego typu sformułowań. Jakoś zbyt łatwo duch soboru bywał ważniejszy od ducha Ewangelii, która jest fundamentem kościelnej tradycji (trudno inaczej nazwać wszystkie czary jakie odprawiano na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nad tradycyjną mszą, by jej ostatecznie bezprawnie zakazać). Jednak z wszelkim duchem jest kłopot. Mamy przecież jeszcze ducha dziejów, a także ducha tego świata. W obszarze słowa mówionego i pisanego duchy się nieustannie ludziom mylą, mieszają się w głowach. Co można mieć jednak przeciwko takiemu czytaniu pism soboru, który chce po prostu uczciwie rozstrzygnąć sprawę, jasno określić co stoi w pismach, a co rozegrało się później pomiędzy ludźmi, wśród ich namiętności, polityki, polityk, czy wręcz manipulacji. Mimo to odczuwam, że istnieje jakiś problem w tym rozumowaniu. Być może jest on wyimaginowany, w tym sensie że potrzeba właściwego rozłożenia akcentów Tradycji. Nie zmienia to faktu, że interpretując ostatni sobór nie mogę pozbyć się tej niepewności, którą odczuwam choćby podczas zmagań z argumentacją Anzelma za istnieniem Boga. Niby wszystko jasne, ale w sumie problematyczne.
Kiedy u schyłku wieków średnich rodziła się w Kościele i świecie (a świat to była Europa z opłotkami) świadomość historyczna i wielkimi krokami zbliżała się epoka nowożytna problem relacji pomiędzy duchem, a literą stał się niewątpliwie problemem centralnym. Trudności z właściwym wyprowadzaniem wniosków z współistnienia i przenikania się tych dwóch rzeczywistości, zaskutkowały wystąpieniem Marcina Lutra i rozłamem w zachodnim chrześcijaństwie. Luter dokonał bowiem nowej interpretacji zarówno Tradycji jak i Ewangelii. Nie był w tym co prawda pierwszy, ale jako pierwszy przeszedł od teorii do praktyki.
Dostrzeżenie problemu zmiany stało się przyczyną poszukiwania tego co niezmienne, a niezmienna i pewna miała być litera Pisma Świętego. Przekonanie to zostało zawarte w zasadzie sola scriptura. Litera Pisma została niejako przeceniona, z czasem okazało się, że jeśli nie trwa ona we wspólnocie świadków wydarzeń zbawczych, a takimi jesteśmy jako członkowie Kościoła, który swój początek znajduje w przebitym boku Chrystusa i u Apostołów, staje się źródłem wielorakich interpretacji, czymś przeciwnym oczekiwanej stałości. Losy protestantyzmu dobrze pokazują ten proces rozpadu wiary sprowadzonej do jednego czynnika źródłowego. Nawet jeśli tym źródłem jest Pismo Święte.
Czy podobnie nie jest z dokumentami Soborowymi? Owszem wiele można zarzucić konkretnym realizacjom posoborowych reform, ale czy to jednak nie taki, a nie innych duch prowadzi do konkretnych zmian. Czytanie wprost litery również nie jest pozbawione określonego duch. Potrzeba jednak pewnego wysiłku by nie był to duch Lutra, duch sola scriptura.
tr



Komentarze
Pokaż komentarze (2)