Tomasz i Ewa Rowińscy Tomasz i Ewa Rowińscy
50
BLOG

W drodze do protestantyzmu

Tomasz i Ewa Rowińscy Tomasz i Ewa Rowińscy Kultura Obserwuj notkę 3

Nie zdziwiło mnie, że właśnie tekst poświęcony o. Wacławowi Hryniewiczowi wzbudził emocje [mój tekst "O sprawie Hryniewicza" można przeczytać na stronie Teologii Politycznej, salonie24 i blogu Vicit Leo de tribu Juda]. Jest on jedną z najbardziej wpływowych intelektualnie postaci w polskim Kościele. Napisałem „myśliciel”, a nie teolog, ponieważ to co pisze o. Hryniewicz często bardziej pasuje do jakiejś formy refleksji z dziedziny filozofii religii niż teologii katolickiej. Chciałbym jednak tutaj odpowiedzieć przede wszystkim na polemikę Tomasza Krawczyka [tekst ten można znaleźć na stronie Teologii Politycznej].


Zaczynam od wyjaśnienia natury fundamentalnej. Znam przynajmniej niektóre dzieła o. Hryniewicza spośród tych które są „znakomite, acz dyskusyjne z punktu widzenia Magisterium Kościoła”. Również uważnie przeczytałem artykuł „Zbawiciel jest polifoniczny”.

 

Pierwszym zarzutem Krawczyka było moje odwołanie się do związków Hryniewicza z „Tygodnikiem Powszechnym”. Uczyniłem je świadomie i nie zostało ono sprowokowane towarzyskimi związkami ojca z redaktorami pisma, ale wymową okładki numeru poświęconego „sprawie Hryniewicza”. Grafika na pierwszej stronie, ilustrująca spalenie Jana Husa w oczywisty sposób rozstrzygnęła, kto w sporze jest „dobry”, a kto „zły”. Jak widać nie tylko oponenci Hryniewicza skupili się na zatargu z Kongregacją, a nie na artykule. Ostatecznie starałem się tego uniknąć.

 

Tomasz Krawczyk chyba nieuważnie przeczytał mój tekst, ponieważ broni apokatastazy. Argument z Orygenesa niewiele tu znaczy gdyż to właśnie jego poglądy zostały zostały potępione na Synodzie Konstantynopolskim o czym pisałem w poprzednim tekście.

 

Zdziwienie wywołał mój sprzeciw wobec twierdzenia Hryniewicz, „że wszyscy zbłądzili i wszyscy są zranieni”. Oczywiście w wymiarze indywidualnym to prawda. Problem polega jednak na tym, że polski myśliciel wyciąga z tego twierdzenia wnioski natury eklezjologicznej, które służą mu do konstruowania koncepcji, wedle której wszelkie dogmaty wiary mają jedynie charakter prowizoryczny. Koncepcja ta idzie w parze z przekonaniem, że obecnie należy przedefiniować wszelkie dogmaty, które zostały ogłoszone bez udziału innych chrześcijan. W czasach niezmierzonej liczby denominacji reprezentujących tyle subiektywnych perspektyw jedyne co pozostaje to właśnie chrześcijaństwo bezwyznaniowe i ucieczka do przodu w nadzieję pozbawioną jakichkolwiek podstaw – rozumowych, czy opartych na wierze. By wierzyć trzeba mieć przedmiot wiary. Prowizoryczny charakter może mieć metafora poetycka, ale nie rzeczywistość, od której zależy nasze zbawienie.

 

Gdy wspomniany przez Krawczyka Joseph Ratzinger mówił o dążeniu do pełni prawdy to z pewnością nie miał na myśli wycofywania się z tego, co Duch Święty mówił do Kościoła przez dwa tysiąclecia. Zaświadczył o tym redagując deklarację „Dominus Iesus”. Postulat Hryniewicza, by „zredefiniować” dogmaty, jest zwyczajnym podważaniem ciągłości Kościoła i - jak słusznie zauważają prawosławni, na których tak lubi się powoływać - protestanckim rozłamodawstwem. Doprawdy czy trzeba przypominać, że Luter nie był Ojcem Kościoła, a za prawdziwego reformatora możemy uważać wierną katolicyzmowi, nawet gdy pouczała papieża, św. Katarzynę Sieneńską? Chrześcijaństwo nie wyszło z ogólnego stanu rozproszenia, by teraz musiało zmierzać do prawdy będącej owocem negocjacji (która i tak nic nie znaczy, ponieważ zdaniem ojca profesora chodzi tylko o słowa). To różne denominacje porzuciły i nadal porzucają właściwą wiarę chrześcijańską. Oddalają się od niej. Czy katolicyzm też ma podążać ta drogą?

 

Mój polemista pisze, że „miarą Kościoła nie może być tylko tradycja”, ale że powinniśmy się zanurzyć w Chrystusie. Ten błąd w myśleniu popełnił Marcin Luter. Wobec rodzącego się przeczucia o historyczności tradycji kościelnej pragnął on znaleźć jedyne, niepoddajace się krytyce oparcie. Wybrał pismo. Niestety dość szybko okazało się, że nagie Słowo szturmowane przez krytykę historyczną, literacką i teologiczną doprowadziło protestantyzm do dzisiejszego rozproszenia i niezgody. Kardynał Ratzinger zwrócił uwagę, że Pismo jest zrozumiałe tylko wewnątrz tradycji, ponieważ tradycja to dzieje czytania i przekazywania Słowa przez Wspólnotę Kościoła – świadków życia Jezusa, którymi jesteśmy także my. Co więcej można powiedzieć, że wobec tego Tradycja w pewnej mierze poprzedza Pismo. Nie Słowo, ale Pismo. Zanim spisano Ewangelię o Zbawieniu przekazywano ją sobie ustnie, a świętemu Pawłowi w głowie się nie mieściło, że powstanie Kanon zawierający również jego listy. Zanurzyć się w Chrystusa to zanurzyć się w jego Kościół – Wspólnotę istniejącą nieprzerwanie, od kiedy włócznia przebiła bok Jezusa.

 

Krawczyk w swojej drodze z o. Hryniewiczem do protestantyzmu proponuje jeszcze jedną „koncepcję”. Ponieważ teologia nie jest wyścigiem koncepcji, ale jak cytuje za autorem „dążeniem do prawdy” nie mogę się na nią zgodzić. Czytamy: „możemy także mówić o sukcesji w wysiłkach oraz cierpieniach tych, co przez wieki głosili Ewangelię i prowadzili powierzony im lud na drodze ku Bogu”. Jest to piękne stwierdzenie w duchu humanizmu, ale nie katolickiego. Nie można zwieść się tym pozornym pięknem. Jest ono zaprzeczeniem słów samego Zbawiciela o władzy jaką przekazał Apostołom i która jest przekazywana w widoczny i realny sposób przez włożenie rąk. Kościoła nie można stworzyć, można się w niego wszczepić i widocznym tego znakiem jest sukcesja prezbiterów. Kto nie został namaszczony przez Kościół ten ostatecznie jest samozwańczym prorokiem. Choć wierzymy, że Bóg swoją mocą może przyprowadzić do siebie wielu z tych, którzy nie byli katolikami to równocześnie tej nadzwyczajnej drogi nie możemy czynić zwyczajną, ponieważ pozostaje ona w gestii Boga.

 

Wiara jest rozumnym posłuszeństwem autorytetowi Kościoła, który jest autorytetem danym przez Chrystusa. W przypadku o. prof. Hryniewicz można odnieść wrażenie, że jest ona żonglowaniem zgrabnymi metaforami wedle zasady – „wybieram co mi się podoba”.

Wszędzie szukamy Miłości Bożej. Pozostając przy tym w granicach Kościoła katolickiego. Niektórzy mówią, że jesteśmy fanatykami. A my tylko chcielibyśmy być wierni. Wierni Miłości, Która pierwsza nas ukochała. Reklamy pojawiające się na stronie często są przeciwne naszym poglądom

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura