Miał to być dzień spokoju, po chwalebnej decyzji Episkopatu, który z inicjatywy abp. Michalika zebrał się - i przemówił klarownie na temat samooczyszczenia z esbeckiej zgnilizny. Naprawdę miło było czytać list, który Biskupi do nas napisali, zapowiadając także swoją własną autolustrację! Poczuliśmy wczoraj, że jednak “zaczęło się” - ta dawno potrzebna praca - i że nareszcie jest to wola Hierarchii. Więc ulga…
W tym nastroju czytałem więc tekst Terlikowskiego z dzisiejszego rzepowego Plusa - bardzo zrównoważony artykuł o Prymasie Józefie Glempie, w którym daje się odczuć i serdeczność, i wątpliwości, i zrozumienie, i krytykę.
A tu nagle, zaraz po południu spadła “bomba”: abp Wielgus oświadczył, że nuncjusz powiedział nieprawdę, twierdząc wczoraj, iż abp W. skłamał pod przysięgą.
Mamy więc świadectwo przeciw świadectwu - nuncjusz przeciw abp. W., a abp W. przeciw nuncjuszowi. Kto mówi prawdę?
W moim stosunku do obu szacunek dla ich powagi biskupiej miesza się ze złymi doświadczeniami tworzącymi nieufność do ich osób. Arcybiskupa Wielgusa do niedawna mocno poważałem - ale potem oszukał mnie, jak wszystkich z Papieżem włącznie, unikając złej prawdy o swoim życiu. Nuncjusz abp Kowalczyk utrwalił mi się z kolei w pamięci jako dyplomata przekładający interesy i kompromisy nad prawdziwe dobra Kościoła i jego trudne misje moralne (zapamiętałem szczególnie, też jak wszyscy, jego negatywną rolę w zatajaniu przed Rzymem gorszących uczynków abp. Paetza - ale to nie jedyna sprawa).
Teraz trudny wybór: komu z nich dwóch wierzyć?
Ale może nie na tym polega teraz nasz problem? Moim zdaniem problem, z którego wynika obecna dramatyczna rozbieżność zdań niedoszłego arcybiskupa warszawskiego i wieloletniego nuncjusza - polega na interpretacji treści przysięgi złożonej przez pierwszego z nich. Z niewiadomych dla mnie powodów ta przysięga została sformułowana raczej przebiegle niż przejrzyście - w ten sposób, że ćwiczony umysł prof. Stanisława Wielgusa mógł w niej znaleźć furtkę do subtelnego odróżniania “podjęcia współpracy” z komunistami od “szkodzenia” komuś (zgodnie z linią, że jego współpraca nikomu nie zaszkodziła).
Można więc pytać, kto wymyślił tak “zgrabną” treść tej przysięgi. Jednak niezależnie od tego - wszystkie te zabiegi nic nie zmieniają: cokolwiek by bowiem sądził abp Wielgus i jego obrońcy, Episkopat Polski w swoim memoriale - podpisanym także przez niego - uznał, że szkodą i winą było już samo podjęcie współpracy. Tego zaś nikt nie neguje, włącznie z samym najbardziej zainteresowanym.
Zresztą w słynnym oświadczeniu wydanym zaraz po objęciu metropolii warszawskiej abp Wielgus jednak przyznał - z pozycji już rządzącego biskupa - że swoim postępowaniem szkodził Kościołowi. Prosił o wybaczenie, słowami Psalmu Dawidowego. A teraz znów podkreśla, że nic złego nie zrobił, wracając niejako do wersji z wywiadu dla “Gazety Wyborczej”…
Dotykamy tu jakichś mrocznych tajemnic, także tych związanych z procesem dojrzewania nominacji dla bp. Wielgusa. Wygląda na to, że kandydat zręcznie slalomował, by uniknąć zderzenia z prawdą. Nie wyklucza to jednak niestety pytania, czy ktoś drugi nie pozwalał mu na ten slalom.
Gdy czytałem wczoraj wywiad nuncjusza abp. Kowalczyka dla KAIu, zwróciła moją uwagę fraza, że obecnie już na pewno przy obsadzie stolic biskupich zwracać się będzie uwagę na to,
“czy te osoby nie były wmieszane w jakieś działania, które w Polsce uchodzą za działania kompromitujące“.
Dyplomację i pragmatyzm abp Kowalczyk ma we krwi: zamiast mówić o potrzebie ochrony stanowisk kościelnych przed ludźmi o wątpliwych kwalifikacjach moralnych, usprawiedliwia samooczyszczenie Kościoła jedynie obawą o kompromitację; zamiast mówić o obiektywnych normach, zasłania się tym, co “uchodzi”; zamiast odwoływać się do tego, co uniwersalne, sprowadza sprawę do jakiejś polskiej wrażliwości.
A poza tym - szkoda, że ta sprawa wraca - że zamiast leczyć rany po nieszczęśliwej nominacji, musimy wciąż bronić wstydliwych faktów przed krętactwem lub dyplomatycznymi wykrętami.
Wczoraj Kościół w Polsce zrobił ważny krok na drodze, którą już wcześniej wytyczył w swym “memoriale”, w świetle prawego sumienia. Po co to dziś uszargano?



Komentarze
Pokaż komentarze (5)