Co prawda moja polemika z Jarosławem Gowinem - w sprawie wzmocnienia ochrony życia w Konstytucji - ukazała się w ostatni poniedziałek w “Rzepie”, ale jednak w wersji mocno skróconej. Zamieszczam więc niżej wersję najszerszą (to, co przesłałem “Rzepie”, było objętościowo czymś pomiędzy):
Rozmawiajmy o ochronie życia
Swoją polemikę z Tomaszem Terlikowskim (“Terlikowski na bezdrożach moralizmu”, Rzeczpospolita z 19 marca 2007) rozpoczyna Jarosław Gowin od wyrazów uznania dla tego autora. Rozpoczynając moją polemikę z senatorem Gowinem, chcę z kolei zapewnić o szacunku jaki mam dla niego. Do niedawna sądziłem nawet, że to właśnie on może i zechce być jednym z patronów zmian utrwalających zgodność polskiego prawa z prawem naturalnym i tym rozumieniem praw człowieka, które zostawił nam Jan Paweł II. Jednak ostatni tekst senatora nie tylko rozprasza tę nadzieję, ale i przekonuje, że zamiast realistycznych rozwiązań opartych na doświadczeniu i faktach woli on tworzenie mitów, a od konstruktywnego dialogu – insynuacyjną krytykę.
Senator Gowin popuszcza wodze fantazji już wtedy, gdy „przypuszcza”, że mówiąca o ochronie życia ludzkiego od poczęcia zmiana art. 38 Konstytucji „ma tyluż zwolenników w szeregach LPR, co w SLD”. Temu efektownemu zawijasowi retorycznemu przeczą jednak wszystkie głosowania sejmowe – w których jedynie SLD wypowiadał się blokiem przeciw już choćby podjęciu prac nad poprawką konstytucyjną, a większość „za” tworzyli wspólnie posłowie z PiS, PO, LPR, Samoobrony czy PSL (w przypadku głosowania za podjęciem prac było to aż 38 % posłów Platformy!).
Nie wiem też, przy jakiej okazji Gowin dostrzega w oczach liderów lewicy „radosne błyski” spowodowane propozycją zmiany Konstytucji. Bez wpatrywania się w źrenice postkomunistów cała Polska mogła za to oglądać w telewizji zgodne wystąpienia posłanki Senyszyn (SLD) i posłanki Radziszewskiej (PO), równie radykalnych w akcji przeciw nowelizacji Konstytucji. Także w zaciszu obrad komisji konstytucyjnej te same panie, w smutnym sojuszu z niektórymi przedstawicielami PiSu, dosłownie piły sobie z ust słowa namiętnych sprzeciwów wobec zmiany Konstytucji.
Na podstawie faktów można powiedzieć, że każdy kto chce prace nad Konstytucją zahamować czy ubezowocnić, może liczyć zawsze na „radykalizm lewicowy”. Natomiast każdy, kto dąży do wzmocnienia prawa do życia od poczęcia, napotyka na opór, zorganizowany wokół SLD, lecz zawdzięczający swą siłę jedynie wsparciu rzekomych „sił umiarkowanych”.
Okazuje się, że rzekomi „umiarkowani” znajdują łatwo wspólny język z „radykałami” z lewicy. Może więc nie o żaden umiar tu chodzi, lecz o syndrom lęków ukształtowanych w myśleniu dzisiejszych liderów politycznych pod naciskiem „Gazety Wyborczej”, sterującej debatą publiczną w latach 90.? Może po prostu ludzie, którzy nie byli w stanie podjąć sprawy ochrony życia nienarodzonych wówczas, pozostali do tego niezdolni także dziś? Może tak jak wtedy, tak i dziś wystarczy zamachać im przed oczami kilkoma hasłami, które zapamiętali z czołówki „Wyborczej”, aby stawali się niezdolni nawet do spokojnego dialogu w tej sprawie?
Nie mogę zrozumieć, dlaczego Gowin z takim lekceważeniem wypowiada się o rekomendowanym przez komisję sejmową projekcie zmiany art. 30 – czyli o wpisaniu do stwierdzenia o godności ludzkiej, będącej źródłem wolności i praw, precyzującej uwagi, że przysługuje ona „od momentu poczęcia”. W żadnym razie nie jest to zmiana „czysto słowna”. Każdy kto zapoznał się z opiniami ekspertów-prawników (z których grona wyszła zresztą propozycja zastąpienia zmiany w art. 38 zmianą w art. 30), wie, że to właśnie artykuł 30, otwierający rozdział o wolnościach i prawach człowieka i obywatela, ma fundamentalne znaczenie dla interpretacji wszystkich dalszych artykułów (w tym także art. 38). W zmianie proponowanej przez komisję chodzi o potwierdzenie człowieczeństwa i człowieczej godności dziecka przed urodzeniem. Samo określenie godności jako „przyrodzonej” - w dotychczasowym brzmieniu artykułu - niestety nie wyraża tego w sposób dostateczny (co zresztą senator Gowin wyraźnie czuje, jedynie przypuszczając, iż „wolno sądzić”, że znaczy to: od poczęcia).
Oczywiście wolno patrzeć na tę propozycję jako na rozwiązanie mniej dosadne od proponowanej wcześniej zmiany w art. 38 – wtedy jednak dziwię się, że szukający kompromisu politycznego senator PO właśnie tu przemawia głosem przeciwników kompromisu. Zamiast cieszyć się ze zbudowania takiego konsensu, poza którym pozostawałby en bloc jedynie SLD – Gowin woli podbechtywać posłów LPR gołosłownym twierdzeniem, że zmiana w art. 30 „niczego nie wnosi”. Tym samym prowokuje owych „radykałów prawicowych”, aby odstąpili od konstytucyjnej większości tworzącej się właśnie wokół kompromisowej propozycji – i przystąpili do demagogicznej licytacji „kto pójdzie dalej”. Gowin głoszący integracyjne znaczenie kompromisu politycznego akurat tutaj kompromis wyklucza.
Jasne, że dla nas wszystkich – dla Gowina, dla posłów LPRu, dla Marszałka Sejmu Marka Jurka i popierających poprawkę posłów PiSu czy innych ugrupowań – ważne jest, jaki charakter miałby ten kompromis. Istnieją przecież takie kompromisy polityczne, które są nie do przyjęcia z perspektywy moralnej. Właśnie tę niezwykle ważną kwestię naświetla fragment encykliki Evangelium vitae (n. 73), który Gowin interpretuje wyraźnie niezgodnie z jego sensem. Czytając ten rozdział w kontekście całego dokumentu Jana Pawła II, dowiadujemy się, że nigdy nie można zaakceptować jako dobre rozwiązanie prawa, które chroniłoby życie nie w pełni i nie wszystkich nienarodzonych – a równocześnie, że w przypadku gdyby uzyskanie takiej pełnej ochrony nie było akurat możliwe, należy poprzeć stanowienie prawa, które polepsza stan ochrony życia, choć nie jest prawem zadowalającym. Jan Paweł II rozpraszał w ten sposób wątpliwości moralne ludzi, którzy w imię wierności względem zasady pełnej i bezwyjątkowej ochrony życia poczętego – gotowi są odrzucić nawet rozszerzającą, ale niepełną jego ochronę. Papież uczy, że warto popierać nawet częściowe zmiany w dobrą stronę – tymczasem Gowin zniekształca tę naukę, wykorzystując ją właśnie przeciw próbie takich zmian. Myśli Jana Pawła II i Jarosława Gowina biegną w tym wypadku w dwie różne strony, de facto przeciwne.
Z całą pewnością polska ustawa z roku 1993 polepszyła stan ochrony życia – i dlatego ci posłowie zaangażowani pro life, którzy głosowali za tą ustawą w całości, postąpili słusznie. Jeśli jednak w jakikolwiek sposób, np. na etapie głosowania poprawek tworzących wyjątki od karnego zakazu aborcji, wyrażali poparcie dla takiego zawężenia ochrony życia, nie znajdą uzasadnienia dla swego postępowania ani u Jana Pawła II, ani w prawie naturalnym. Oni nie tyle bowiem popierali prawo „lepsze” choć „ułomne”, lecz właśnie czynili prawo „lepsze” – „ułomnym”.
Nauczanie Evangelium vitae obowiązuje nas i dzisiaj. Fundamentem postawy katolickiej pozostaje niezgoda na prawo stanowione sprzeczne z prawem naturalnym i Bożym – ten, kto ogłasza tu „trwały kompromis”, łamie tę zasadę. Tak samo lub jeszcze gorzej łamie tę zasadę ten, kto zamierza powtórzyć poparcie dla zawężenia ochrony życia lub wręcz obwarować „nienaruszalność” obowiązujących obecnie wyjątków od ustawy chroniącej życie. Rozwiązaniem właściwym z punktu widzenia realizmu encykliki Evangelium vitae nie jest ani bierność, ani tym bardziej utrwalanie wyjątków od ochrony życia – są nim jedynie rozwiązania, które w jakiś sposób wzmacniają dobre zasady i to, co dobre w ludzkim prawie.
Propozycja zmiany art. 30 wygląda więc na taką modyfikację, która po prostu polepsza aktualny stan prawny. Wzmacnia ochronę życia, gdyż chroni na poziomie Konstytucji to, co dobre w aktualnym stanie ochrony dzieci nienarodzonych i wynosi zasadę ochrony życia od poczęcia ponad bieżącą politykę – a równocześnie w żadnym punkcie nie potwierdza tego, co w obecnej ustawie ułomne. Z drugiej strony jest to zapis po prostu możliwy do uzyskania, gdyż – takie są fakty - nie przesądza o konieczności zmiany obecnej ustawy na drodze postępowania konstytucyjnego, a więc ma szansę na poparcie posłów, którzy chcą zachować obecny stan ustawowy. Nic nie przeszkadza temu, by wniosek ten poparli razem ci, dla których to właśnie „kompromis aborcyjny” jest świętością większą niż nienaruszalność życia ludzkiego – i ci, dla których priorytety są odwrotne. Wydaje się, że to właśnie na tym polega jedyny dopuszczalny kompromis polityczny w sprawie ochrony życia.
Nie wiem, czy senator Gowin zauważa, że cały wysiłek głośnych zwolenników „utrzymania kompromisu aborcyjnego” koncentruje się obecnie na uniemożliwieniu zwykłej deklaracji, że każde dziecko w łonie matki posiada godność ludzką. Przypomina to niestety praktyki totalitarnej propagandy, która najpierw pozbawia ofiary godności, by wylegitymować pozbawienie je życia - to straszne, że Jarosław Gowin jest na to ślepy.
Tymczasem według Jana Pawła II polityk udzielający poparcia dla prawa ułomnego powinien zadbać o to, by jego „osobisty, absolutny sprzeciw wobec przerywania ciąży” był „jasny i znany wszystkim” (EV 73). Ponadto, akceptacja dla prawa niezadowalającego nie może się – jak mówi dalej Papież – w żaden sposób łączyć z „osłabieniem niezbędnego sprzeciwu wobec zamachów na życie” (EV 74). Jednak nasz problem polega właśnie na tym, że politycy obstający głośno przy „kompromisie ustawy” tworzą równocześnie chętnie swymi dwuznacznymi oświadczeniami przestrzeń zgody na odczłowieczenie owych „płodów dotkniętych wadami” lub „poczętych z gwałtu”; a dziennikarze formułujący gładkie listy o tym, iż „Konstytucja już chroni życie”, zabierają głos w tej sprawie tylko i wyłącznie dla zablokowania noweli konstytucyjnej.
W swoim tekście senator Gowin dość odważnie uznał, że jego - negatywne - stanowisko w sprawie konstytucyjnej ochrony życia jest równie ortodoksyjnie katolickie jak ortodoksyjne jest stanowisko Moniki Olejnik. Ogłosił nawet, że między Tomaszem Terlikowskim i Moniką Olejnik zachodzi nie różnica co do zasad, lecz co do tego, „jakie rozwiązania prawne będą skuteczniej strzec tych zasad”. Obawiam się, że Terlikowski, autor tekstu pt. „Katolik zawsze musi bronić życia”, może być tą konstatacją zaskoczony – ale myślę, że podobnie jest nią zaskoczona gwiazda „Kropki nad i”. Nie przesądzając o niczym, prosiłbym jednak pana senatora o jedno z dwóch: albo o wskazanie jakichkolwiek deklaracji pani Olejnik świadczących o jej osobistym, absolutnym i jasnym sprzeciwie wobec zabijania nienarodzonych, albo o doprecyzowanie, że właśnie postępowanie gospodarza „Kropki” uważa pan senator za modelujące jego własne formy sprzeciwu wobec cywilizacji śmierci.
Senator Gowin straszy, że zmiana Konstytucji skończy się referendum – ale zapomina dodać, że to, czy ono nastąpi, zależy praktycznie od jego własnego środowiska politycznego, czyli od Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Tak jest, gdyż poza SLD i PO wszystkie kluby zadeklarowały niedawno, że nie poprą referendum. To właśnie głosy PO byłyby więc niezbędne zarówno do tego, aby SLD mógł przeprowadzić wniosek o referendum, jak i do tego, aby przeszedł ewentualny wniosek społeczny w tej sprawie (zebranie samych 500 tysięcy podpisów daje jedynie podstawę do przedłożenia wniosku Sejmowi). Dziwne więc słowa padają z ust senatora PO. W chwili gdy – wprawdzie po namyśle – „liberalny” Donald Tusk występuje przeciw referendum, „konserwatywny” Jarosław Gowin grozi nim dalej, a więc praktycznie grozi, że może je poprzeć jego własne środowisko polityczne. Chciałoby się, żeby Gowin choćby z połową tego żaru, z którym atakuje konstytucyjne wzmocnienie ochrony życia, zaatakował relatywistów, którzy chcą referendum – ale on woli wykorzystywać lęki przed referendum do hamowania ulepszania prawa.
Wygląda zatem na to, że senator Gowin mówiąc o „niedostrzeganiu faktów”, dobrze zdiagnozował chorobę – ale swoją, a nie Tomasza Terlikowskiego. To właśnie Gowin uprawia abstrakcyjny moralizm – polegający na tym, że z lęku o „podważanie kompromisu” mamy zaprzestać upominania się o człowieczeństwo wszystkich dzieci, także tych, których ów kompromis nie chroni. Aby przypadkiem nie urazić tych, którym taki „kompromis” wystarczy, mamy się powstrzymać już nawet od uroczystego przypomnienia o człowieczeństwie wszystkich dzieci. Na taki wykoncypowany „moralizm kompromisu” zgody być nie może. Zgody szukajmy więc raczej w tym, jak wzmocnić to, co dobre – a zmiana artykułu 30 właśnie to zapewnia.



Komentarze
Pokaż komentarze (24)