pedro65 pedro65
888
BLOG

Fajna babka ... bo je jabłka !

pedro65 pedro65 Rozmaitości Obserwuj notkę 10

 

Wychowałem się w sadzie.

Mój dziadek ze strony matki należał do pionierów sadownictwa w okolicach Nowego Sącza. Jednak, nim zajął się sadownictwem, ale już po II wojnie światowej miejscowi volkssowieci postanowili go „rozkułaczyć” (młodzież może sprawdzić sobie w Wikipedii, co to takiego kułak, starsi powinni pamiętać). Nie można było co prawda zrobić tego tak całkiem wprost, bo dziadek miał tylko kilkanaście hektarów, a w Polsce zabierano ziemię, kiedy ktoś miał hektarów ponad 50.  Ale siłom postępu nie brakowało nigdy inwencji, więc dziadek nie dostał koncesji (pardon, koncesje to dopiero teraz, wtedy nazywało się to przydział), więc nie dostał w odpowiednim czasie przydziału na niezbędne środki produkcji rolnej. Które jak wiadomo kontrolowała ludowa władza w interesie człowieka pracy. Natomiast zboże miał ma się rozumieć oddać w wyznaczonej ilości i w narzuconym terminie. No bo gdyby nie oddał, to by znaczyło, że schował przed człowiekiem pracy właśnie. I już można by rozkułaczać dziadka przykładnie i  stanowczo.

Operacja nie powiodła się, bo dziadek był szanowany przez innych, mniej zamożnych chłopów, którzy podstępnie dostarczyli część własnego zboża na czas za niego. A po roku 1956 przyszły trochę łatwiejsze czasy dla rolników. Zwłaszcza dla grup zapaleńców pod Warszawą i pod Nowym Sączem, którzy przestawiali się ze zboża na drzewa owocowe. Ponieważ produkcja owoców wymaga pracy intensywnej i sporej wiedzy, PGR-y praktycznie nie miały sadów i w Polsce Ludowej owoce pochodziły prawie wyłącznie z upraw prywatnych. Ta sytuacja, oraz sprowadzenie wydajnych odmian jabłoni z wrażej Ameryki powodowało znaczną nadprodukcję jabłek, której niewydolny system realnego socjalizmu nie był w stanie sprostać. Zjawisko to nazywano ironicznie „klęską urodzaju” – owoców i po części warzyw, produkowanych przez sektor, który dzisiaj nazwalibyśmy „small business” było zawsze pod dostatkiem, choć wszelkiej innej żywności w sklepach brakowało.

Dziadek podzielił swój sad pomiędzy trzy córki. Jedynego syna za udział w partyzantce zamordowali mu w czasie wojny Niemcy, a ponieważ wujek był w partyzantce niewłaściwej, więc dziadka za to po wojnie bili UB-ecy. Pewnie też i dlatego został kandydatem do rozkułaczania jak wyżej.

Po podziale gospodarstwa na czterech hektarach sadu gospodarował następnie mój ojciec, choć nie było to jedyne źródło jego utrzymania, jako że skończył prawdziwe studia dzienne na AGH i w Nowym Sączu pracował jako zastępca głównego technologa w sporej fabryce. Był zatem szczególnym typem chłopo-inteligenta istotą, której marksizm prawdopodobnie nie przewidywał. Głównym technologiem zostać już nie mógł, bo to wymagałoby przynależności do PZPR, a tej mój ojciec, z przyczyn nazwijmy to estetycznych, sprostać nie potrafił. W sumie i tak miał szczęście do kariery zawodowej - Nowy Sącz był wyjątkowo odporny na pranie mózgów i tamtejsze fabryki miały stosunkowo niewiele stanowisk „nomenklaturowych”. Kiedy pod koniec lat 80-tych sam znalazłem się po ukończonej elektronice w Sanoku, w dużych tutejszych zakładach do PZPR-u należał chyba każdy kierownik i brygadzista, nawet mnie, młodemu inżynierowi ten zaszczyt proponowano, choć każdy powinien był widzieć, że komuna w wydaniu sowieckim dławi się właśnie śmiertelną czkawką.

Od roku 1980 ojciec intensywnie zaangażował się w działalność Solidarności, która zaprowadziła go aż do udziału w Komisji Krajowej „S” w roku 1981. Konsekwencją było tzw. internowanie 14 grudnia w Załężu pod Rzeszowem, skąd pierwsza kartka a zarazem znak życia przyszła w Wigilię 1981 roku, a samego ojca wypuścili stamtąd na wiosnę. A że powrót do macierzystej fabryki mu „odradzano”, kawałek sadu bardzo się przydał - jabłka i tak przeważnie są czerwone, więc można było z nich jakoś żyć, a że mama była lekarzem na wsi, nasza 7 osobowa rodzina nie cierpiała biedy. W Polsce dalej była komuna, jabłek dalej było „za dużo” i wtedy właśnie w radio pojawiły się pierwsze „reklamy” tego jedynego produkt którego nie brakowało - starsi pewnie pamiętają: „ludzie, ja was proszę, jedzcie Makintosze” czy tytułowe „fajna babka … bo je jabłka”.

Czemu wspominam to wszystko teraz - bo katastrofa busa pełnego robotników jadących do pracy przy zbiorze owoców przypomniała mi nie tylko dzieciństwo. Również powinna zwrócić uwagę nie tylko mnie na istnienie tuż pod Warszawą Polski Be, której jak wiadomo, „nie ma”. Tych 18 robotników, zrywających po 800-1000 kg jabłek dziennie w niskopiennym sadzie (sam tak kiedyś pracowałem, tyle że w sadzie rodzinnym), otrzymujących za to poniżej 10 groszy od kilograma (a ile może im dać producent, jeśli sam w roku urodzaju bierze za kilogram poniżej złotówki ?) to właśnie jest ta odrzucona przez siły „nowoczesności” Polska Be i to wcale nie gdzieś na Podlasiu czy Podkarpaciu. Dla tych ludzi, pracujących prawdopodobnie w szarej strefie, parę złotych oszczędności na kosztach transportu miało ogromne znaczenie, a trzeba było pędzić, żeby zdążyć do sadu na siódmą, bo po siedemnastej robi się już ciemno ...

Ja dzisiaj nie pracuję zarobkowo w sadzie. Mam przy domu kilka drzew i właśnie kończę zrywać z nich jabłka. Obrodziły w tym roku. I pięknie pachną w piwnicy.

pedro65
O mnie pedro65

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości