W środowisku dziennikarskim wrze. Tak jednym zdaniem można podsumować wydarzenia z ostatnich kilku dni. Nie chcę poruszać spraw obyczajowo-prywatnych bohaterów afery, bo to moim zdaniem nie jest w całej sprawie najważniejsze, najważniejsze są pewne zasady, które w tej konkretnej sytuacji zostały poważnie naruszone. Nie ma sensu przypominać, czego i kogo sprawa dotyczy, każdy zainteresowany to wie, istotne jest to, że od pewnego czasu redakcja poważnego tygodnika posługuje się specyficznym rodzajem pracy dziennikarskiej, która znacznie odbiega od przyjętych standardów.
Dziennikarze od zawsze byli w jakimś stopniu podzieleni, bo każdy inaczej ocenia różne wydarzenia, ale to, co się stało z dziennikarzami po 10 kwietnia 2010, to jest jakiś koszmar, koszmar który się rozlał na cały naród, bo zwykli Polacy też są podzieleni. Wina zawsze leży po środku, ale w tym przypadku ta wina nie rozkłada się równomiernie, bo jedna strona od samego początku po dziś dzień jest stroną bardziej agresywną.
Nie wiadomo, co pojawi się w kolejnym numerze tygodnika, nie wiadomo czy temat będzie kontynuowany, ale uważam, że w tej konkretnej sytuacji, polskie środowisko dziennikarskie powinno się jednoznacznie odciąć od działań redakcji tygodnika. Tak po prostu nie wolno, nie wolno pisać na okładce o czyjejś "ciemnej stronie" nie podając przy tym żadnych konkretnych dowodów, nawet jeśli ta osoba stoi po innej stronie barykady, nawet jeśli na temat tej osoby krążą różne plotki. Mam nadzieję, że redakcja wie o tym, że któregoś dnia role mogą się odwrócić, i to oni będą stali pod przysłowiową ścianą.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)