Kilka dni temu byłem na pogrzebie osoby z rodziny.... .
Takie wydarzenie - musze przyznać - stawia na nogi, gdyż w takim momencie jak śmierć bliskiego odczuwa się mocno fakt, że kruchą istotą jestem oraz to, że życie to coś zgoła innego niż ciało. Innego niż ciało ale związane z ciałem.
Gdzieś w Piśmie świętym jest takie zdanie dotyczących uczynków popełnionych w ciele.To "w ciecle"właśnie przemawia do mnie w ten sposób -> mowiąc o mnie jako istocie "żyjącej w ciele"(w ciele jak w opakowaniu...". To "Ktoś w opakowaniu" komunikuje się ze światem zewnętrznym.. .
I sobie tak pomyślałem, że o Bogu, życiu wiecznym, aniołach, życiu "pozagrobowym"(jak to brzmi kiepsko) bez uwierzenia że mam duszę nieśmiertekoną nie jest możliwe.
Myślę sobie, że krokiem w kierunku uznania istnienia dobrego Boga jest uznanie, że posiadam niematerialną duszę. Tak szokującą niematerialną jak widok zwłok dopiero co żywego człowieka.. .
Gdy sobie to człowiek na spokojnie uświadomi, to wszystkie codzienne sprawy stają się inaczej ważne niż wtedy gdy nie pamięta się o swoim niematerialnym "ja" stanowiącym jądro nieśmiertelnej duszy.
Wiem, że to trudne sprawy. Ale we wszystkich trudnych sprawach jak sobie uświadamiam, że nie wiem... mówię zawsze w duchu: JEZU UFAM TOBIE!
I to wystarcza by się uspokoić i robić swoje dalej. Życie to piękna sprawa i coś więcej niż ciało, odzienie, samochód, dom, sława, bogactwo, uznanie władza, itp.
Życie jest zanurzone w nieśmiertelności "po pachy"!
:-)))


Komentarze
Pokaż komentarze (1)