Wybór naturalny

PAP/Radek Pietruszka
PAP/Radek Pietruszka
Sejm decyduje o tym, czy Adam Glapiński zostanie szefem Narodowego Banku Polskiego na drugą kadencję. Wybór wydaje się w obecnych okolicznościach politycznych i ekonomicznych dość naturalny.

Glapińskiego można lubić albo nie lubić. Tak to już w demokracji jest. Trudno jednak polemizować z tezą, że jest w tym momencie dość naturalnym kandydatem na szefowanie NBP przez sześć kolejnych lat. Pewnie nie idealnym i nie takim, co nikogo nie drażni. Ale właśnie „naturalnym”.

Glapiński zostanie na kolejną kadencję? Wszystko na to wskazuje

Zacznijmy od rzeczywistości politycznej. A ta jest dziś taka, że w obozie Zjednoczonej Prawicy nie ma od miesięcy innego kandydata do objęcia tej funkcji. Zgodnie z konstytucją kandydata na szefa banku centralnego zgłasza prezydent RP. Potem zaś na zgłoszoną przez niego kandydaturę zgodzić się musi jeszcze sejm. Tylko sejm. Bo konstytucja dla senatu nie przewiduje żadnej roli, co w zasadzie wyklucza możliwość „zamieszania” przez opozycję przy tym wyborze. 

A Andrzej Duda nie ukrywa, że Glapiński jest jego jedynym kandydatem. Wprawdzie media spekulowały o potencjalnych kontrpropozycjach płynących z obozu premiera Morawieckiego. O Pawle Borysie albo o szefie warszawskiej Giełdy Marku Dietlu. Nie ma jednak żadnych twardych dowodów na to, że coś jest na rzeczy. No, może poza medialnym wróżeniem z fusów. 

Także polityczna analiza układu sił w obozie władzy nie daje podstaw do takich przypuszczeń. To fakt, że Mateusz Morawiecki ma dziś pozycję silniejszą niż kiedykolwiek. Nie ma on jednak - jak się wydaje - większego interesu w tym, by przypuścić ofensywę obliczoną na wysadzenie Glapińskiego z siodła. Obaj panowie mogą się lubić lub nie lubić. To bez znaczenia. Wydaje się jednak, że ostatnie lata pokazały, że są w stanie ze sobą współpracować. Już w czasie pandemii Glapiński pokazał, że rząd Morawieckiego może liczyć na jego wsparcie. Nie ociągał się z radykalnym obniżeniem (niemal do zera) stóp procentowych, gdy groziło nam covidowe załamanie koniunktury. Gdy rząd ogłosił wielki plan ratowania gospodarki (tarcze antykryzysowe) NBP pomógł w skupie polskich papierów dłużnych dając rządowi trochę fiskalnego pola manewru. Nota bene NBP zrobił wówczas dokładnie to samo, co wszystkie najważniejsze banki centralne zachodniego świata z Fedem oraz EBC na czele. Także ostatnio NBP - a konkretnie Rada Polityki Pieniężnej - zaczęła podnosić stopy procentowe, co było na rękę rządowi starającemu się pokazać, że walczy z inflacją.

Z drugiej strony Glapiński nie stanowi dla Morawieckiego i skupionych wokół niego „młodych wilczków” żadnego zagrożenia na przyszłość. Popularny „Glapa” swoje w polityce już osiągnął. Ma 72 lata. Gdy skończy drugą kadencję będzie się zbliżał do 80tki. Rola szefa banu centralnego to ukoronowanie jego kariery. Własnego obozu politycznego w ramach PiS od dawna nie ma i nie buduje. 

Pozostają jeszcze oczywiście względy merytoryczne. Ale i tu Glapiński trzyma raczej mocne karty. Dorobił się oczywiście wielu krytyków. A opozycja nie raz brała go na celownik próbując obarczyć winą za wysoką inflację czy rosnące raty kredytów hipotecznych. Częściowo winny jest oczywiście sam Glapiński, który nigdy nie pozował na obłego i chowającego się za procedurami technokratę. Zawsze był bowiem prezesem zdecydowanie politycznym - nie ukrywającym tego, że traktowanie bankowości centralnej jako dziedziny czysto technokratycznej jest nieporozumieniem i bajeczką dla grzecznych dzieci. Ma też Glapiński swój specyficzny styl komunikacji czy bycia. Jednym się ta swoistość podoba. Innych oburza albo denerwuje. I tak pewnie zostanie. Z resztą podobnie czynili także jego wyraziści poprzednicy: Marek Belka albo Leszek Balcerowicz. 

Czy Glapiński ma się czym pochwalić?

Ocena bilansu Glapińskiego w fotelu szefa NBP jest oczywiście bezpośrednio powiązana z ogólną oceną kursu polskiej gospodarki po roku 2015. AntyPiSowiec będzie oczywiście dowodził, że był to zły czas: pełen niepotrzebnego rozrostu wydatków publicznych, rozbudowy państwa dobrobytu czy wreszcie - ostatnio - podwyższonej inflacji. Ci, którzy patrzą na ten okres łaskawiej powiedzą pewnie o wysokim wzroście, niskim bezrobociu i nienajgorszy przejściu przez covidowe spowolnienie. Sam Glapiński nie raz podkreślał, że to dzięki jego wsparciu rząd w perspektywie minionych siedmiu lat może się dziś pochwalić trwałym obniżeniem bezrobocia z 6 do 3 proc., wzrostem płac realnych o 25 proc. Czy spadkiem zadłużenia zagranicznego z 75 do 56 proc. PKB. 

Konikiem Glapińskiego była w tym czasie rozbudowa zasobów dewizowych NBP. A o tym, że może się ona przydać przekonaliśmy się w pierwszych dniach wojny, gdy serią kilku interwencji walutowych NBP doprowadził do stabilizacji kursu złotego. Z prawie 5 złotych za euro wróciliśmy więc szybko do niemal przedwojennego kursu ok. 5,6 zł za euro.

Oczywiście pozostaje temat inflacji. A więc tego, co bank centralny faktycznie ma w swoim mandacie. Tu trudno zaprzeczyć, że jesteśmy grubo powyżej tzw. celu inflacyjnego. A perspektywy po wybuchu wojny na wschodzie nie są dobre więc powyżej celu zostaniemy na długie miesiące. Byłoby jednak nieuczciwością powiedzieć, że to jest problem wyłącznie polski. Bo przecież rekordową inflację notuje się dziś w całym rozwiniętym świecie. Od USA po Europę Zachodnią ze strefą euro włącznie.   


Lubię to! Skomentuj38 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka