Andrzej Lepper nie żyje. Przykry to fakt i mnie jest smutno, jeśli odchodzi człowiek, ale nie będę żałował jego nieobecności w naszej polityce.
Trudno bowiem przywołać podobną hańbę w dość mizernej zresztą materii, jaką jest nasze polityczne teatrum, niż to wszystko, co Andrzej Lepper i jego komiltoni w niej uczynili.
Pamięć ludzka jest krótka, ale moja funkcjonuje nie najgorzej. Zatem przechowuję gdzieś w zakamarkach łepetyny pierwsze spoty wyborcze Samoobrony, w których biły dzwony na pohybel Rzeczypospolitej, a listy wyborcze tej formacji kusiły obecnością Bohdana Poręby na przykład, jednego z założycieli Stowarzyszenia Grunwald, betonowego komunisty o poglądach tępego endeka.
Pamiętam też nieco wcześniejszy epizod z Praszki, czyli wywiezienie na taczkach inwalidy lub też brawurowe wychłostanie komornika, wszystko czynione dłońmi i mocą sprawczą późniejszego wicemarszałka sejmu i wicepremiera. Pamiętam kpiny z wymiaru sprawiedliwości, olewanie rozpraw, wysypywanie zboża, knajackie pomówienia, czynione nie tylko z mównicy sejmowej, ale przy każdej okazji publicznego występu. Seksafera, biało-czerwone krawaty, lumpenproletariacki sznyt, Genowefa Wiśniowska wicemarszałkiem sejmu, wywiady pani Beger i pani Hojarskiej to przy tym wszystkim jedynie kwiatki do kożucha, niewinne prawie igraszki działalności tych, którzy wraz z Lepperem wkroczyli na salony.
Demokracja bywa ułomna, ale ludziom po to mózg dano, by pamiętali. Kupiłem sobie nowy dekoder telewizyjny, więc przecierając ze zdumienia oczy oglądałem kilka dni temu wypowiedź pana Oleksego, który apelował, by nie potępiać w czambuł dokonań Andrzeja Leppera i porównywał je z politycznym stylem Palikota. Czyżby pan premier naprawdę zapomniał?
Niech Andrzej Lepper spoczywa w spokoju, a wraz z nim to wszystko, co reprezentował w naszej polityce.
Robert Makłowicz


Komentarze
Pokaż komentarze (4)