„Odwaga” i „zdecydowanie” miały być głównym atutem Jarosława Kaczyńskiego w roli premiera IV RP bis.
Przekonywały o tym billboardy, krzyczały telewizyjne i radiowe reklamówki.
Tymczasem kandydat na odważnego premiera w piątek nie podjął rękawicy rzuconej mu z sejmowej mównicy przez obecnego szefa rządu. Niczym kapryśny chłopczyk wziął swoje zabawki i naburmuszony opuścił piaskownicę, za którą posłużyła mu sala parlamentu. A to przecież Donald Tusk miał być – wedle słów samego lidera PiS – politykiem w krótkich spodenkach.
Dzień później kandydat na premiera zdecydowanego rządu odrzucił wyzwanie do publicznych debat na kluczowe dziś dla kraju tematy: finansów publicznych i kierunku polityki zagranicznej. Powód wydaje się prosty: gabinet cieni Jarosława Kaczyńskiegoprezentuje mizerny poziom zarówno pod względem programowym, jak klasy i osobowości tworzących go polityków.
Niezależnie od tego, jak ocenia się niektóre koncepcje prof. Jacka Rostowskiego, jego kompetencje w sferze ekonomii są, by rzec elegancko, nieco większe niż Beaty Szydło. To samo dotyczy Radosława Sikorskiego: cokolwiek by sądzić o jego politycznej i niektórych obecnych posunięciach i wypowiedziach jako strateg polskiej dyplomacji sprawdza się o niebo lepiej niż czyniła to Anna Fotyga.
Rzecz w tym, że PiS także w 2005 roku nie miał ani merytorycznego programu, ani tabunu fachowców godnych ministerialnych posad – a jednak wybory wygrał. Wystarczyło powtarzać w kółko kilka wzniosłych haseł oraz snuć wizje jednego wielkiego układu i wielu rozmaitych spisków.
Teraz też napuszone gesty, nawet te przekraczające granicę śmieszności, okażą się zapewne chwytliwe – przynajmniej dla części elektoratu. Dlatego wciąż warto mieć na uwadze, że mogą się skończyć powtórką z IV RP. I przypominać sobie oraz innym, czym ona była i jak się w niej żyło.
Krzysztof Burnetko


Komentarze
Pokaż komentarze (2)