Kościół nie ma zamiaru stać się „wielkim milczącym” podczas kampanii wyborczej – zastrzegli biskupi w komunikacie po obradach Episkopatu.
Naturalnie zaraz potem dodali, że „Kościół nie identyfikuje się z żadną konkretną partią, albowiem jego przesłanie jest skierowane do wszystkich, niezależnie od przekonań politycznych”. Tyle że równocześnie sam przewodniczący Episkopatu zaczął agitację. „Były partie obiecujące złote góry. Teraz jednak nie zajmują się konkretem, choćby opieką społeczną, lecz koncentrują na walce ideologicznej” – mówił aluzyjnie już w przerwie obrad. Zwłaszcza, że doprecyzował, iż „na poparcie zasługują ugrupowania niekoniecznie silne liczbowo, ale mające ludzi wiarygodnych, fachowych, troszczących się o wartości narodowe i społeczne”. By następnie w najlepsze zakończyć wystąpienie rytualnym zapewnieniem, że biskupi nie opowiadają się po stronie żadnej partii.
Ambicje sprawowania rządu dusz ma wielu rodzimych hierarchów i szeregowych księży. Także w sferze czystej polityki. Niektórzy chcą nawet rozdawać miejsca w parlamencie czy w publicznych urzędach.
Po 1989 roku Episkopat, a za nim liczni proboszczowie, a nawet wikarzy, wskazywali swoich politycznych faworytów niemal przy wszystkich głosowaniach, czy to do parlamentu, czy na urząd prezydenta. Robili to mniej lub bardziej ostentacyjnie (skrajnością było wezwanie, by Polacy głosowali na Polaków i katolików). Ale zawsze cierpiał na tym autorytet Kościoła i samych duchownych. Na nic ostrzeżenia, że w ten sposób Kościół powszechny staje się w Polsce w coraz większym stopniu jedynie kościołem Radia Maryja.
Szczęśliwie polscy wierni mają w większości swój rozum. I nie lubią, jak się im dyktuje, na kogo mają głosować.
Krzysztof Burnetko


Komentarze
Pokaż komentarze (6)