Popatrywałem w wolnych chwilach na wczorajsze obrady Sejmu, który zajmował się wnioskiem PiS o odwołanie ministra Grabarczyka.
Wniosek, już trzeci w tej sprawie, nie miał najmniejszych szans na uzyskanie odpowiedniej większości. Nawet jednak, gdyby miał szanse, to przecież za miesiąc są wybory. Była więc to piętrowa polityczna gra PiS. W takich sytuacjach odruchowo się używa kalki językowej „czysta gra”, ale z czystości w takiej grze jest tyle, ile poseł Hofman ma taktu.
Debata trwała calutki dzień. Zajęła czas i energię 460 posłów, w tym premiera i ministra. Można dokładnie wyliczyć, ile to wszystko kosztowało. Wiem, że tak się w Polsce uprawia politykę i że to się raczej nigdy nie zmieni. Marzy mi się jednak choćby dzień w roku, w którym posłowie umówiliby się, że w zamiast beznadziejnej dyskusji ze z góry znanym finałem, od razu przechodzą do finału, a zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczają na przykład na bycie woluntariuszami w domu opieki, sadzenie drzewek, grę w piłkę czy choćby picie wódki.
Moja polityczna tożsamość pochodzi z czasów Okrągłego Stołu i Sejmu „kontraktowego”. Pamiętam, jak posłowie przeciwstawnych ugrupowań w ciągu kilku dni niemal jednomyślnie pracowali od rana do nocy (łącznie z Bożym Narodzeniem i Sylwestrem), by wszystkie ustawy z pakietu znanego potem, jako „program Balcerowicza” weszły na czas w życie. Nigdy potem Sejm nie pracował tak wydajnie, tak zgodnie i tak fair.
Odwołując się do poczucia przyzwoitości polityków, naraziłbym się tylko na śmieszność. Ale mimo wszystko wciąż wierzę, że nadejdą czasy, w których znowu będę mógł być dumny z pracy mojego parlamentu. Mam nadzieję, że nie wszyscy widzowie wczorajszego cyrku wyciągali wnioski, że głosowanie nie ma sensu. I że ci, którzy w październiku zagłosują, zapamiętali, co kto wczoraj mówił i jak się zachowywał.
Jerzy Skoczylas


Komentarze
Pokaż komentarze (1)