Buta Roberta Biedronia i jego pragnienie – za wszelką cenę i obojętnie z kim – posiadania poselskiego mandatu, przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
Gorąca dyskusja na temat list wyborczych poszczególnych partii politycznych, wyborcze hasła „Panie Premierze, jak żyć?”, które obrażają wszystkie kraje nękane wojnami domowymi, gdzie strzela się w plecy rodaka, debaty naszych rodzimych polityków na temat kryzysu waluty europejskiej – wszystko to zdominowało polskie media w ostatnich dniach. Politycy, którzy nie na ekonomii zdobyli mandat do Sejmu czy Senatu, kompromitują się nieustannie. Mówią nam jednego dnia, że kurs franka nie przekroczy 4 zł, bo to po prostu niemożliwe, a dwa dni później spłacam kolejną ratę kredytu po kursie 4,05. Wojna na hasła wyborcze, obrzucanie błotem politycznego konkurenta, próba kompromitowania za wszelką cenę swoich rywali, to niby codzienność, ale trudno ją znieść.
Jednak nic mnie tak nie męczy i nie wierci od środka, jak postawa Roberta Biedronia. Jego buta i pragnienie – za wszelką cenę i obojętnie z kim – posiadanie poselskiego mandatu, przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Można by wręcz powiedzieć, że Biedroń świetnie się nadaje do Sejmu, bo używa języka podobnego do większości partyjnych działaczy i jest biegły w obrażaniu innych, szykanowaniu i szkalowaniu na miarę „Kurskiego Wermachtu”. Jednak boli to, że ktoś taki może reprezentować moje interesy w Sejmie. Nie godzę się, by o moich sprawach dyskutowano językiem, jakim posługuje się większość polityków. Nie godzę się, by w moim imieniu obrażać, szkalować, a tym samym pokazywać próżność i pychę owego środowiska, które takie nie jest. Nieumiejętność merytorycznych dyskusji, oblewanie błotem wszystkiego, co nie stoi po stronie „tej jednej” myśli i przekonań obyczajowych, to chyba pełny i prawdziwy obraz „posła Biedronia”. Nie godzę się z postawą „rację mam tylko ja i nie potrzeba mi prowadzić merytorycznych rozmów z kimś, kto ma inne zdanie ode mnie”.
Kiedy oglądałem w polskiej telewizji powtórkę rozmowy Roberta Biedronia z duchownym, którego nazwiska nie pamiętam, a który ujął mnie (o dziwo!) swoją postawą, widziałem z jednej strony próbę przeprowadzenia spokojnej i wyważonej dyskusji, neutralnego tłumaczenia „racji Kościoła”, gdzie powszechnie znany jest jego stosunek do owych spraw, a z drugiej zaperzenie się, toczenie piany, zdyskredytowanie i wyśmianie instytucji kościelnej (której też nie jestem zwolennikiem). Cel Biedronia był oczywisty: obrazić przeciwnika, wyzwać od ciemnogrodu, po czym trzasnąć mikrofonem o stół i wyjść ostentacyjnie, a tym samym zakończyć program telewizyjny „swoim show”. Ile w tym człowieku było niechęci i nienawiści, złej woli i pozerstwa! Nie chcę, by ktoś taki zajmował się moimi sprawami w Sejmie!
Niedawno we „Wprost” Biedroń w sposób do siebie podobny obraził całe SLD i jej elektorat. Niby nic mi do tego, bo nie jestem w ich szeregach i też drażnią mnie niektóre ich posunięcia, to jednak sposób, w jaki Biedroń się wypowiada, jest całkowicie pozbawiony kultury i ogłady językowej. Biedroń pośrednio nazywając Legierskiego ochłapem („zawsze znajdzie się taki, kto skusi się na ochłap startowania z 4 pozycji z list SLD”) obraża kogoś, z kim mógłby współpracować, bo jest przecież po tej samej „stronie”. Ale przecież Legierski to polityczny konkurent, a Biedroń chciałby mieć monopol na „te sprawy”! Nie ma znaczenia, z jakiej partii Biedroń wystartuje, bo i tak prędzej czy później zmieni jej szeregi (jak zresztą już to raz uczynił, dołączając do grona polityków z PJN, którzy podobnie obrażają partię-matkę), ale czy „owe” środowisko odda swój głos na „tego” kandydata? Ja nie! Bo mam trzydzieści lat i dość języka pełnego nienawiści i pomówień. Mam dość wszystkich tych, którzy dla politycznego mandatu i kariery wyrzekli się kultury i godnej postawy. Szkoda, że jest ich tak wielu w naszym polskim Sejmie i nic nie rokuje, że się to zmieni w ciągu najbliższych paru lat.
autor jest dyrektorem Teatru Nowego w Krakowie
Jednak nic mnie tak nie męczy i nie wierci od środka, jak postawa Roberta Biedronia. Jego buta i pragnienie – za wszelką cenę i obojętnie z kim – posiadanie poselskiego mandatu, przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Można by wręcz powiedzieć, że Biedroń świetnie się nadaje do Sejmu, bo używa języka podobnego do większości partyjnych działaczy i jest biegły w obrażaniu innych, szykanowaniu i szkalowaniu na miarę „Kurskiego Wermachtu”. Jednak boli to, że ktoś taki może reprezentować moje interesy w Sejmie. Nie godzę się, by o moich sprawach dyskutowano językiem, jakim posługuje się większość polityków. Nie godzę się, by w moim imieniu obrażać, szkalować, a tym samym pokazywać próżność i pychę owego środowiska, które takie nie jest. Nieumiejętność merytorycznych dyskusji, oblewanie błotem wszystkiego, co nie stoi po stronie „tej jednej” myśli i przekonań obyczajowych, to chyba pełny i prawdziwy obraz „posła Biedronia”. Nie godzę się z postawą „rację mam tylko ja i nie potrzeba mi prowadzić merytorycznych rozmów z kimś, kto ma inne zdanie ode mnie”.
Kiedy oglądałem w polskiej telewizji powtórkę rozmowy Roberta Biedronia z duchownym, którego nazwiska nie pamiętam, a który ujął mnie (o dziwo!) swoją postawą, widziałem z jednej strony próbę przeprowadzenia spokojnej i wyważonej dyskusji, neutralnego tłumaczenia „racji Kościoła”, gdzie powszechnie znany jest jego stosunek do owych spraw, a z drugiej zaperzenie się, toczenie piany, zdyskredytowanie i wyśmianie instytucji kościelnej (której też nie jestem zwolennikiem). Cel Biedronia był oczywisty: obrazić przeciwnika, wyzwać od ciemnogrodu, po czym trzasnąć mikrofonem o stół i wyjść ostentacyjnie, a tym samym zakończyć program telewizyjny „swoim show”. Ile w tym człowieku było niechęci i nienawiści, złej woli i pozerstwa! Nie chcę, by ktoś taki zajmował się moimi sprawami w Sejmie!
Niedawno we „Wprost” Biedroń w sposób do siebie podobny obraził całe SLD i jej elektorat. Niby nic mi do tego, bo nie jestem w ich szeregach i też drażnią mnie niektóre ich posunięcia, to jednak sposób, w jaki Biedroń się wypowiada, jest całkowicie pozbawiony kultury i ogłady językowej. Biedroń pośrednio nazywając Legierskiego ochłapem („zawsze znajdzie się taki, kto skusi się na ochłap startowania z 4 pozycji z list SLD”) obraża kogoś, z kim mógłby współpracować, bo jest przecież po tej samej „stronie”. Ale przecież Legierski to polityczny konkurent, a Biedroń chciałby mieć monopol na „te sprawy”! Nie ma znaczenia, z jakiej partii Biedroń wystartuje, bo i tak prędzej czy później zmieni jej szeregi (jak zresztą już to raz uczynił, dołączając do grona polityków z PJN, którzy podobnie obrażają partię-matkę), ale czy „owe” środowisko odda swój głos na „tego” kandydata? Ja nie! Bo mam trzydzieści lat i dość języka pełnego nienawiści i pomówień. Mam dość wszystkich tych, którzy dla politycznego mandatu i kariery wyrzekli się kultury i godnej postawy. Szkoda, że jest ich tak wielu w naszym polskim Sejmie i nic nie rokuje, że się to zmieni w ciągu najbliższych paru lat.
autor jest dyrektorem Teatru Nowego w Krakowie
Piotr Sieklucki


Komentarze
Pokaż komentarze (8)