Miałem 20 lat, gdy polscy piłkarze byli rewelacją mistrzostw świata w Niemczech. Zajęli trzecie miejsce, ale byli o krok od finału.
Grali wspaniale. Ofensywnie, widowiskowo, technicznie. Królem strzelców został Lato, tuż za nim był Szarmach, Deyna strzelił chyba najładniejszą bramkę mistrzostw, a Gadochę uważano za najlepszego lewoskrzydłowego. Do tego genialny trener Górski. Cały świat zazdrościł nam tej drużyny, a my – pierwszy raz w PRL – mogliśmy wreszcie przestać rozpamiętywać seryjne porażki w meczach eliminacyjnych, jak 1:6 z Włochami w 1965 w Rzymie (choć dzień przed meczem trener mówił, że jedziemy po zwycięstwo).
W pierwszych latach rządów Gierka (które były rewolucyjnym przełomem w stosunku do siermiężnego socjalizmu Gomułki) odnieśliśmy wiele ogromnych sukcesów. W samym 1974 roku byliśmy mistrzami świata w siatkówce mężczyzn, żużlu (dwa pierwsze miejsca) i kolarstwie amatorskim (też dwa pierwsze miejsca). Miało to walor wykraczający poza sferę czysto sportową. Dodawało nam to pewności siebie i wiary, że skoro Polacy mogą być najlepsi w tak wielu dyscyplinach sportowych, to może i w pozostałych sferach życia dokonamy porównywalnego przełomu. To przecież wtedy dorastało pokolenie, które przestało się bać otwarcie mówić o swoich poglądach, które stworzyło „Solidarność” i wywalczyło niepodległość. Sukcesy sportowców podtrzymywały nas na duchu i często były namiastką polityki („gest Kozakiewicza” w Moskwie w 1980, czy przekleństwa rzucane do mikrofonu przez kolarza Stanisława Szozdę na Walerego Liczaczowa za zajechanie drogi podczas ostatniego etapu Wyścigu Pokoju w r. 1975).
Od 1974 roku idolem każdego chłopaka kopiącego piłkę był bramkarz Jan Tomaszewski. W eliminacjach „zatrzymał Anglię”, w Niemczech obronił dwa rzuty karne i w ogóle był skuteczny w nieprawdopodobnych sytuacjach. A do tego ładny, ze słynną przepaską na długich (wtedy tępionych przez szkołę, a często i milicję) włosach i z inteligentną twarzą, wyszczekany… Kochała go cała Polska, nie tylko kibice.
Rzecz w tym, że przez ostatnie 20 lat Jan Tomaszewski w pocie czoła mordował swoją legendę. Jednak to, co wygaduje jako kandydat na posła, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie zacytuję, bo wszedłbym w to łajno, które wyprodukował mój dawny idol.
To ja już wolę Grzegorza Latę.
W pierwszych latach rządów Gierka (które były rewolucyjnym przełomem w stosunku do siermiężnego socjalizmu Gomułki) odnieśliśmy wiele ogromnych sukcesów. W samym 1974 roku byliśmy mistrzami świata w siatkówce mężczyzn, żużlu (dwa pierwsze miejsca) i kolarstwie amatorskim (też dwa pierwsze miejsca). Miało to walor wykraczający poza sferę czysto sportową. Dodawało nam to pewności siebie i wiary, że skoro Polacy mogą być najlepsi w tak wielu dyscyplinach sportowych, to może i w pozostałych sferach życia dokonamy porównywalnego przełomu. To przecież wtedy dorastało pokolenie, które przestało się bać otwarcie mówić o swoich poglądach, które stworzyło „Solidarność” i wywalczyło niepodległość. Sukcesy sportowców podtrzymywały nas na duchu i często były namiastką polityki („gest Kozakiewicza” w Moskwie w 1980, czy przekleństwa rzucane do mikrofonu przez kolarza Stanisława Szozdę na Walerego Liczaczowa za zajechanie drogi podczas ostatniego etapu Wyścigu Pokoju w r. 1975).
Od 1974 roku idolem każdego chłopaka kopiącego piłkę był bramkarz Jan Tomaszewski. W eliminacjach „zatrzymał Anglię”, w Niemczech obronił dwa rzuty karne i w ogóle był skuteczny w nieprawdopodobnych sytuacjach. A do tego ładny, ze słynną przepaską na długich (wtedy tępionych przez szkołę, a często i milicję) włosach i z inteligentną twarzą, wyszczekany… Kochała go cała Polska, nie tylko kibice.
Rzecz w tym, że przez ostatnie 20 lat Jan Tomaszewski w pocie czoła mordował swoją legendę. Jednak to, co wygaduje jako kandydat na posła, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie zacytuję, bo wszedłbym w to łajno, które wyprodukował mój dawny idol.
To ja już wolę Grzegorza Latę.
Jerzy Skoczylas


Komentarze
Pokaż komentarze (10)