Odcinek 16: Mocne pchnięcia
Doprawdy czytając powieści Bronisława Wildsteina i Rafała Ziemkiewicza odnosimy zgoła różne wrażenia.
Chciałoby się w dwu słowach uzasadnić to przeciekawe spostrzeżenie. Zauważamy zatem, że twórczość Wildsteiena wynika z pobudek szalenie szlachetnych i czysto konserwatywnych. Ma, po pierwsze, przynosić literaturze światowej starą jakość, ma nie bawiąc uczyć historii, ma wstrząsać sumieniami jego dawnych znajomych, których po latach opisuje, ma ich uczyć moresu, patriotyzmu i jedzenia kotletów mielonych. I wreszcie, dawać im do zrozumienia że przyjdzie czas, gdy naród ich z tego przepyta.
Jakość seksu umieszczonego jest wypadkową wymienionych założeń taktycznych. Jest to pomieszanie seksu z jedzeniem mielonego. Poza tym, co ważne, i o czym tu już wspominaliśmy, jego proza jest identyczna pod każdym względem z publicystyką uprawianą przezeń na bieżąco.
U Ziemkiewicza zaś doznajemy szoku. Literat ten na co dzień jest przecież człowiekiem głęboko moralnym – powiedzmy to głośno – jest wewnętrznie bardzo piękny. Jego pisarska i oralna żarliwość, z jaką broni ojczyzny przed obcymi przywodzi na myśl partyzantów i nie mamy tu wcale na myśli partyzantów z książki Mieczysława Moczara pt. „Barwy walki”. Ziemkiewicz za swe poglądy cierpi rzecz jasna straszne krzywdy od reżymu Tuska i salonu Michnika, ale niemal nigdy – w odróżnieniu od swych kolegów – nie uronił z tego powodu nawet jednej łezki. Tak nam się przynajmniej wydaje. Śmiało możemy postawić tezę, że Ziemkiewicz w odróżnieniu od Wildsteina czy Horubały nie jest beksą. To heros nam niedziwny.
Za to w swej prozie autor ten nas zdumiewa, na zupełnie inny sposób. Popatrzmy i podziwiajmy, bowiem jest to próbka frazy, której w przyszłości będziemy kosztować chochlami. To rzecz jasna „Ciało obce”, a w nim Danka: „Imponował mi jej seksualny apetyt, może nie tyle nawet imponował, ile leczył z kompleksów; po każdym rżnięciu czułem się uspokojony i dowartościowany jak rzadko w życiu. Szła prosto od drzwi do łazienki, zawsze w pośpiechu, bo praca, dzieci, mąż, zresztą ja też nie miałem ochoty na przydługie powitania – a potem od razu klękała przed moim kutasem. Przysysała się do niego zgłodniała, bezwstydnie, radośnie i ze znawstwem pozwalającym jej nieomylnie wyczuć, w którym momencie przerwać obciąganie i nadstawić się, tak żebym, zanim się spuszczę, jak najdłużej pozostał twardy. Przy całym okazywanym podnieceniu, posapywaniu, wszystkich tych krzykach i wbijaniu mi paznokci w pośladki, gospodarowała moją erekcja jak skrzętna gospodyni mężowską pensja, żeby nie zmarnować ani jednego pchnięcia. Bardzo rzadko trafiał się jej na tyle gorszy dzień, że odpuszczała i w którymś momencie dokańczała mnie na zewnątrz, pozwalając trysnąć sobie na piersi” (str. 11).
Tu czytelnik może zapytać, czymże tak się zdumieliśmy i co nam nie pasuje. Otóż rzecz jasna wszystko nam pasuje i to jest właśnie najgorsze. Gdyby ten kawałek wrzucić na portal „Polityce”, albo posłać do „Rzepy” do adiustacji Wildsteinowi, albo do „Gazety Polskiej Codziennie” synowi Wildsteina i gdyby dopisać, że stworzył to nie Rafał Ziemkiewicz, a ktoś z tzw. naszych, prawdopodobnie zostałyby wezwane na pomoc kibiców hufce maryjne. Przecież to literatura zwyrodniała w każdym calu, zwyrodnieniem charakterystycznym dla wiadomo kogo. Ona – pardon – wyje wyciem nergalowym z samego piekła, by użyć adekwatnego określenia, które nam się tak bardzo podoba.
Chciałoby się w dwu słowach uzasadnić to przeciekawe spostrzeżenie. Zauważamy zatem, że twórczość Wildsteiena wynika z pobudek szalenie szlachetnych i czysto konserwatywnych. Ma, po pierwsze, przynosić literaturze światowej starą jakość, ma nie bawiąc uczyć historii, ma wstrząsać sumieniami jego dawnych znajomych, których po latach opisuje, ma ich uczyć moresu, patriotyzmu i jedzenia kotletów mielonych. I wreszcie, dawać im do zrozumienia że przyjdzie czas, gdy naród ich z tego przepyta.
Jakość seksu umieszczonego jest wypadkową wymienionych założeń taktycznych. Jest to pomieszanie seksu z jedzeniem mielonego. Poza tym, co ważne, i o czym tu już wspominaliśmy, jego proza jest identyczna pod każdym względem z publicystyką uprawianą przezeń na bieżąco.
U Ziemkiewicza zaś doznajemy szoku. Literat ten na co dzień jest przecież człowiekiem głęboko moralnym – powiedzmy to głośno – jest wewnętrznie bardzo piękny. Jego pisarska i oralna żarliwość, z jaką broni ojczyzny przed obcymi przywodzi na myśl partyzantów i nie mamy tu wcale na myśli partyzantów z książki Mieczysława Moczara pt. „Barwy walki”. Ziemkiewicz za swe poglądy cierpi rzecz jasna straszne krzywdy od reżymu Tuska i salonu Michnika, ale niemal nigdy – w odróżnieniu od swych kolegów – nie uronił z tego powodu nawet jednej łezki. Tak nam się przynajmniej wydaje. Śmiało możemy postawić tezę, że Ziemkiewicz w odróżnieniu od Wildsteina czy Horubały nie jest beksą. To heros nam niedziwny.
Za to w swej prozie autor ten nas zdumiewa, na zupełnie inny sposób. Popatrzmy i podziwiajmy, bowiem jest to próbka frazy, której w przyszłości będziemy kosztować chochlami. To rzecz jasna „Ciało obce”, a w nim Danka: „Imponował mi jej seksualny apetyt, może nie tyle nawet imponował, ile leczył z kompleksów; po każdym rżnięciu czułem się uspokojony i dowartościowany jak rzadko w życiu. Szła prosto od drzwi do łazienki, zawsze w pośpiechu, bo praca, dzieci, mąż, zresztą ja też nie miałem ochoty na przydługie powitania – a potem od razu klękała przed moim kutasem. Przysysała się do niego zgłodniała, bezwstydnie, radośnie i ze znawstwem pozwalającym jej nieomylnie wyczuć, w którym momencie przerwać obciąganie i nadstawić się, tak żebym, zanim się spuszczę, jak najdłużej pozostał twardy. Przy całym okazywanym podnieceniu, posapywaniu, wszystkich tych krzykach i wbijaniu mi paznokci w pośladki, gospodarowała moją erekcja jak skrzętna gospodyni mężowską pensja, żeby nie zmarnować ani jednego pchnięcia. Bardzo rzadko trafiał się jej na tyle gorszy dzień, że odpuszczała i w którymś momencie dokańczała mnie na zewnątrz, pozwalając trysnąć sobie na piersi” (str. 11).
Tu czytelnik może zapytać, czymże tak się zdumieliśmy i co nam nie pasuje. Otóż rzecz jasna wszystko nam pasuje i to jest właśnie najgorsze. Gdyby ten kawałek wrzucić na portal „Polityce”, albo posłać do „Rzepy” do adiustacji Wildsteinowi, albo do „Gazety Polskiej Codziennie” synowi Wildsteina i gdyby dopisać, że stworzył to nie Rafał Ziemkiewicz, a ktoś z tzw. naszych, prawdopodobnie zostałyby wezwane na pomoc kibiców hufce maryjne. Przecież to literatura zwyrodniała w każdym calu, zwyrodnieniem charakterystycznym dla wiadomo kogo. Ona – pardon – wyje wyciem nergalowym z samego piekła, by użyć adekwatnego określenia, które nam się tak bardzo podoba.
Stanisław Mancewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (1)