Nie żebym odczuwał specjalną satysfakcję, ale jako osoba do niedawna zawodowo zaangażowana w temat, chciałbym coś wytknąć Panu Prezesowi.
Pan Prezes się przestrzelił. Środowisko polskich farmaceutów od dwudziestu lat, od kiedy mamy gospodarkę wolnorynkową, próbuje przekonać kolejne rządy do swojego postulatu, który można zamknąć w trzech słowach: apteka dla aptekarza.
Postulat ten jest dużo starszy niż partia Prawo i Sprawiedliwość, dlatego nie będzie żadną złośliwością, jeśli przytoczę hasło, z którym ów postulat zawsze kojarzył się ludziom przedsiębiorczym biorącym sprawy w swoje ręce. Mówili oni, że apteka dla aptekarza to taka sama utopia jak Polska dla Polaków.
Wiele ton papieru różnych periodyków branżowych zużyto dla uzasadnienia słuszności lansowanej przez izby aptekarskie tezy, jednak jeśli sprawę skomentowano raz czy drugi w prasie ogólnodostępnej, konkluzja zawsze była ta sama (bo i inna być nie mogła): jeśli poszlibyśmy tym tropem, to za chwilę piekarnię mógłby prowadzić tylko piekarz, firmę przewozową – kierowca z odpowiednią kategorią prawa jazdy, itd.
Pewnej części środowiska farmaceutów w Polsce wciąż marzy się, aby ich zawód stał się zamkniętą profesją na kształt np. zawodów prawniczych. Jednak argumenty podnoszone dla uzasadnienia tych dążeń, a mówiące o dobru pacjenta, są wydumane. W dzisiejszym stanie prawnym aptekę może bowiem założyć każdy (pytanie, czy przy obecnym nasyceniu rynku, gdzie apteki w miastach są na każdym rogu ulicy jest to jeszcze opłacalne), tyle że ma obowiązek uzyskać w tym celu odpowiednie zezwolenia i zatrudnić wykwalifikowany personel – mówiąc wprost: nie ma prawa samemu stanąć za okienkiem. Tak sformułowane przepisy chronią dobro pacjenta, nie wyłączając jednocześnie rynku farmaceutycznego zupełnie poza nawias gospodarki rynkowej, bo przecież regulacje takie, jak choćby ceny urzędowe na niektóre leki - są konieczne.
Ale wróćmy do Prezesa. W miniony weekend przedstawił on jeden z punktów programu PiS, który nazwał umownie „jeden aptekarz – jedna apteka”. No i trafił kulą w płot. Jak należy domniemywać, chodziło o zjednanie sobie środowiska polskich farmaceutów, a także pokazanie kolejny raz, że PiS walczy z tym, co sieciowe, czyli złe i drenujące kieszenie biednych Polaków. Wyszło… dziwnie. Wygląda na to, że chcąc upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, sztabowcy Prawa i Sprawiedliwości trochę się zagalopowali, niezbyt dokładnie prześledziwszy stare branżowe czasopisma aptekarskie.
Po pierwsze niemało farmaceutów dorobiło się przez ostatnie dwadzieścia lat drugiej albo i kolejnej apteki, po wtóre zaś tylko w Krakowie są co najmniej dwie apteki sieciowe z kilkunastoma punktami sprzedaży, gdzie do pięciu lub sześciu okienek w niektórych z tych punktów non-stop ustawiają się kolejki pacjentów. Dlaczego? Bo ceny w nich są nierzadko o dwadzieścia procent niższe, niż gdzie indziej. Bo właściciele tych aptek, krakowscy przedsiębiorcy, postawili na duży obrót kosztem niższej marży i przyniosło im to spore zyski, choć bardziej należałoby wspomnieć o rzeszach zadowolonych klientów, głównie starszych i biedniejszych mieszkańców Krakowa i okolic.
A przecież spece od elektoratów zgodnie twierdzą, że to właśnie jest żelazny elektorat PiS. Chyba że się mylę, bo nie pierwszy raz Pan Prezes trochę mnie zdezorientował…
Marcin Adamowicz
Postulat ten jest dużo starszy niż partia Prawo i Sprawiedliwość, dlatego nie będzie żadną złośliwością, jeśli przytoczę hasło, z którym ów postulat zawsze kojarzył się ludziom przedsiębiorczym biorącym sprawy w swoje ręce. Mówili oni, że apteka dla aptekarza to taka sama utopia jak Polska dla Polaków.
Wiele ton papieru różnych periodyków branżowych zużyto dla uzasadnienia słuszności lansowanej przez izby aptekarskie tezy, jednak jeśli sprawę skomentowano raz czy drugi w prasie ogólnodostępnej, konkluzja zawsze była ta sama (bo i inna być nie mogła): jeśli poszlibyśmy tym tropem, to za chwilę piekarnię mógłby prowadzić tylko piekarz, firmę przewozową – kierowca z odpowiednią kategorią prawa jazdy, itd.
Pewnej części środowiska farmaceutów w Polsce wciąż marzy się, aby ich zawód stał się zamkniętą profesją na kształt np. zawodów prawniczych. Jednak argumenty podnoszone dla uzasadnienia tych dążeń, a mówiące o dobru pacjenta, są wydumane. W dzisiejszym stanie prawnym aptekę może bowiem założyć każdy (pytanie, czy przy obecnym nasyceniu rynku, gdzie apteki w miastach są na każdym rogu ulicy jest to jeszcze opłacalne), tyle że ma obowiązek uzyskać w tym celu odpowiednie zezwolenia i zatrudnić wykwalifikowany personel – mówiąc wprost: nie ma prawa samemu stanąć za okienkiem. Tak sformułowane przepisy chronią dobro pacjenta, nie wyłączając jednocześnie rynku farmaceutycznego zupełnie poza nawias gospodarki rynkowej, bo przecież regulacje takie, jak choćby ceny urzędowe na niektóre leki - są konieczne.
Ale wróćmy do Prezesa. W miniony weekend przedstawił on jeden z punktów programu PiS, który nazwał umownie „jeden aptekarz – jedna apteka”. No i trafił kulą w płot. Jak należy domniemywać, chodziło o zjednanie sobie środowiska polskich farmaceutów, a także pokazanie kolejny raz, że PiS walczy z tym, co sieciowe, czyli złe i drenujące kieszenie biednych Polaków. Wyszło… dziwnie. Wygląda na to, że chcąc upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, sztabowcy Prawa i Sprawiedliwości trochę się zagalopowali, niezbyt dokładnie prześledziwszy stare branżowe czasopisma aptekarskie.
Po pierwsze niemało farmaceutów dorobiło się przez ostatnie dwadzieścia lat drugiej albo i kolejnej apteki, po wtóre zaś tylko w Krakowie są co najmniej dwie apteki sieciowe z kilkunastoma punktami sprzedaży, gdzie do pięciu lub sześciu okienek w niektórych z tych punktów non-stop ustawiają się kolejki pacjentów. Dlaczego? Bo ceny w nich są nierzadko o dwadzieścia procent niższe, niż gdzie indziej. Bo właściciele tych aptek, krakowscy przedsiębiorcy, postawili na duży obrót kosztem niższej marży i przyniosło im to spore zyski, choć bardziej należałoby wspomnieć o rzeszach zadowolonych klientów, głównie starszych i biedniejszych mieszkańców Krakowa i okolic.
A przecież spece od elektoratów zgodnie twierdzą, że to właśnie jest żelazny elektorat PiS. Chyba że się mylę, bo nie pierwszy raz Pan Prezes trochę mnie zdezorientował…
Marcin Adamowicz


Komentarze
Pokaż komentarze (4)