Gdyby nie wybory, nie byłoby pewnie awantury z ustawą o dostępie do informacji publicznej. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o dostępie do informacji publicznej.
Ma jednak też wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie jej zgodności z konstytucją.
Nie chodzi przy tym o żadne z rozwiązań merytorycznych. Nawet o to, które przewiduje ograniczenie prawa do informacji publicznej ze względu na „ochronę ważnego interesu gospodarczego państwa” (gdy osłabiałoby to pozycję Polski w negocjacjach np. umów międzynarodowych lub w ramach Unii Europejskiej oraz gdy w grę wchodzi ochrona interesów majątkowych kraju w postępowaniach przed sądami lub trybunałami). Bo wprawdzie niektóre organizacje pozarządowe (m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka) – oraz oczywiście opozycja – widzą w tym barierę dla wolności mediów i przejrzystości państwa, ale wielu prawników i komentatorów rozsądnie odpowiada, że w grę wchodzą tu też inne ważne dobra.
Wątpliwości prezydenta tyczą natomiast tego, że zapis ten wprowadzono rzutem na taśmę: zarówno senatorowie, jak posłowie przegłosowali poprawkę na ostatnich w tej kadencji posiedzeniach.
Faktycznie, historia ta pokazuje stare grzechy rodzimego ustawodawstwa. A to praktykę grzebania przez parlament w projektach rządowych aż do zupełnej zmiany ich sensu. A to partyjny, a nie merytoryczny charakter dyskusji i styl pracy komisji sejmowych i senackich. A to wreszcie zwyczaj – czasem wymuszany przez konkurentów – sięgania po rozmaite sztuczki formalne, by postawić na swoim.
Szczęśliwie jest jeszcze głowa państwa.
Nie chodzi przy tym o żadne z rozwiązań merytorycznych. Nawet o to, które przewiduje ograniczenie prawa do informacji publicznej ze względu na „ochronę ważnego interesu gospodarczego państwa” (gdy osłabiałoby to pozycję Polski w negocjacjach np. umów międzynarodowych lub w ramach Unii Europejskiej oraz gdy w grę wchodzi ochrona interesów majątkowych kraju w postępowaniach przed sądami lub trybunałami). Bo wprawdzie niektóre organizacje pozarządowe (m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka) – oraz oczywiście opozycja – widzą w tym barierę dla wolności mediów i przejrzystości państwa, ale wielu prawników i komentatorów rozsądnie odpowiada, że w grę wchodzą tu też inne ważne dobra.
Wątpliwości prezydenta tyczą natomiast tego, że zapis ten wprowadzono rzutem na taśmę: zarówno senatorowie, jak posłowie przegłosowali poprawkę na ostatnich w tej kadencji posiedzeniach.
Faktycznie, historia ta pokazuje stare grzechy rodzimego ustawodawstwa. A to praktykę grzebania przez parlament w projektach rządowych aż do zupełnej zmiany ich sensu. A to partyjny, a nie merytoryczny charakter dyskusji i styl pracy komisji sejmowych i senackich. A to wreszcie zwyczaj – czasem wymuszany przez konkurentów – sięgania po rozmaite sztuczki formalne, by postawić na swoim.
Szczęśliwie jest jeszcze głowa państwa.
Krzysztof Burnetko


Komentarze
Pokaż komentarze (1)