Coraz bardziej jest dla mnie jasne, że ocalić nas – w dłuższej perspektywie – przed pisoidalną dżumą i jej przemożnym a trwałym wpływem na polskie zdrowie fizyczne i psychiczne może tylko jedno. Że jeden jest tylko sposób na rozbrojenie tej potężnej bomby samoróbki. Dojście do władzy. Ich dojście do władzy.
Tak, dopuszczenie do władzy na jakiś czas to najbardziej sensowy sposób samooczyszczania się organizmu społecznego, demokratycznej samoregulacji.
Niewielkie ogniska zarazy mogą może czasami wygasnąć samoistnie bez wielkiej szkody dla całości, ale duże – już nie. A cała potężna pisoidalno-smoleńska koalicja nie jest już od dawna takim niewielki ogniskiem. Jest zapaleniem wzbudzającym gorączkę w całej populacji.
Dla części jest to gorączka złej krwi, żółci i skrajnie negatywnych emocji. Dla części - niewiele mniejszej - gorączka euforycznego oszołomienia. Wszyscy – jedni i drudzy – potrzebują (potrzebujemy) zatem terapii. Nie widzę innego sposobu na taką terapię, jak dojście pisoidalnej ławy do rządu. Zresztą właśnie owa ława skutecznie prze w tym kierunku. Jako całość prze, jako masa, jako rzesza żądna profitów władzy.
Bo lider (może sam, może z najbardziej zaufanymi asystentami) świadomy jest, co dojście do władzy będzie oznaczać dla niego w dłużej perspektywie. Początek ostatecznego końca. Dlatego – dyskretnie i subtelnie – gra na silną przegraną. Mocna pozycja opozycyjna – to go utrzymuje przy życiu i wzmacnia, jak Antajosa stąpanie po ziemi. Tak więc już teraz warto zrozumieć i zaakceptować taką terapię jak ową osławioną chemię przeciw nowotworom.
Mniejszym złem i lżejszym leczeniem na dużo wcześniejszym etapie było dojście JK do prezydentury (wspominałem o tym już przed tamtymi wyborami).
W polskiej sytuacji prezydent RP za wiele nie może realnie poszkodzić, a karta polskiej choroby za ostatnie półtora roku byłaby zgoła inna. Zdecydowanie lepsza.
Stało się inaczej. Teraz zapłacimy większą cenę. Zapłaćmy jednak!
Musimy wspólnie zapłacić tę cenę. Z rozsądku, bo alternatywa jest droższa. Alternatywa (jak wiadomo ze starego dowcipu: alternatywa to kaczki) to wojna domowa na maczety, jak w Ruandzie.
Tą ceną będzie – mówiąc krótko – wolniejszy polski marsz do przodu, mniej sprawna modernizacja, wiele złej krwi pomiędzy ludźmi itd., itp. Ale tak to jest w demokracji i w marszach zbiorowych. Szybkość wyznaczają nie najsilniejsi, ale najsłabsi.
Cena spora, ale zapłacić warto. Jeśli bowiem – zgodnie z rachubami swego lidera – koalicja pisoidalna o włos przegra październikowe wybory (bo na cud jej przegranej z kretesem nie mam co liczyć!), to dopiero wtedy zapłacimy – wszyscy – cenę naprawdę sporą. Kolejne kilka lat takiej wojny wewnętrznej jak teraz.
Niewielkie ogniska zarazy mogą może czasami wygasnąć samoistnie bez wielkiej szkody dla całości, ale duże – już nie. A cała potężna pisoidalno-smoleńska koalicja nie jest już od dawna takim niewielki ogniskiem. Jest zapaleniem wzbudzającym gorączkę w całej populacji.
Dla części jest to gorączka złej krwi, żółci i skrajnie negatywnych emocji. Dla części - niewiele mniejszej - gorączka euforycznego oszołomienia. Wszyscy – jedni i drudzy – potrzebują (potrzebujemy) zatem terapii. Nie widzę innego sposobu na taką terapię, jak dojście pisoidalnej ławy do rządu. Zresztą właśnie owa ława skutecznie prze w tym kierunku. Jako całość prze, jako masa, jako rzesza żądna profitów władzy.
Bo lider (może sam, może z najbardziej zaufanymi asystentami) świadomy jest, co dojście do władzy będzie oznaczać dla niego w dłużej perspektywie. Początek ostatecznego końca. Dlatego – dyskretnie i subtelnie – gra na silną przegraną. Mocna pozycja opozycyjna – to go utrzymuje przy życiu i wzmacnia, jak Antajosa stąpanie po ziemi. Tak więc już teraz warto zrozumieć i zaakceptować taką terapię jak ową osławioną chemię przeciw nowotworom.
Mniejszym złem i lżejszym leczeniem na dużo wcześniejszym etapie było dojście JK do prezydentury (wspominałem o tym już przed tamtymi wyborami).
W polskiej sytuacji prezydent RP za wiele nie może realnie poszkodzić, a karta polskiej choroby za ostatnie półtora roku byłaby zgoła inna. Zdecydowanie lepsza.
Stało się inaczej. Teraz zapłacimy większą cenę. Zapłaćmy jednak!
Musimy wspólnie zapłacić tę cenę. Z rozsądku, bo alternatywa jest droższa. Alternatywa (jak wiadomo ze starego dowcipu: alternatywa to kaczki) to wojna domowa na maczety, jak w Ruandzie.
Tą ceną będzie – mówiąc krótko – wolniejszy polski marsz do przodu, mniej sprawna modernizacja, wiele złej krwi pomiędzy ludźmi itd., itp. Ale tak to jest w demokracji i w marszach zbiorowych. Szybkość wyznaczają nie najsilniejsi, ale najsłabsi.
Cena spora, ale zapłacić warto. Jeśli bowiem – zgodnie z rachubami swego lidera – koalicja pisoidalna o włos przegra październikowe wybory (bo na cud jej przegranej z kretesem nie mam co liczyć!), to dopiero wtedy zapłacimy – wszyscy – cenę naprawdę sporą. Kolejne kilka lat takiej wojny wewnętrznej jak teraz.
Krzysztof Górski


Komentarze
Pokaż komentarze (25)