Odcinek 19: Huśtawka nastrojów
Właśnie przestaliśmy w kółko zadawać debilne pytanie „jak żyć?”.
Kompletnie nie zastanawiamy się, cóż teraz porabia prezes i dlaczego – co sprawdziliśmy na Facebooku – jest on w guście tak ogromnej liczby Polek. Wyrzuciliśmy z pamięci twarz Błaszczaka, ową twarz z owego niedzielnego wieczoru, i nie zastanawiamy się, czy ów się wtedy poryczał, czy nie. Nie zastanawiamy się, dlaczego Premier z Krakowa przestał chodzić na wybory, dlaczego zamienił się w zezłoszczone bobo i dlaczego przez tyle lat uważano go za politycznego geniuszka. Kompletnie nie myślimy o Budapeszcie, największym mieście rozpusty w tej części Europy.
Myślimy za to, trochę, o Sakiewiczu, który wydaje gazetę przedstawiającą rzeczywistość alternatywną, czego mu zazdrościmy. Dużo myślimy o Wildsteinie i o jego zabobonnej wierze w moc złowrogich sił i liczymy, że owe siły natchną go do skreślenia nowej, kilkusetstronicowej powieści z licznymi wątkami pełnymi diabolicznego dymania w kondominium. Bardzo marzymy o Gawryluk, bo nikt tak przekonująco nie potrafi analizować nietrafionych sondaży jak ona. Uwielbiamy, rzecz jasna, Gowina, który wie, jak jest w każdej sprawie, a najwięcej w sprawach, o których nic nie wie. I oczywiście Ziemkiewicza – bowiem człowiek ten równocześnie nas prostuje i skrzywia. Zwłaszcza ostatnio.
Oto słuchamy go sobie w podziemnej telewizji i od tego słuchania siodłamy konia, ale zaraz potem zerkamy do „Ciała obcego” i natychmiast konia rozsiodłujemy. Czytamy Ziemkiewicza w „Rzepie” i wdziewamy kontusz, kartkujemy „Ciało obce” i kontusz zzuwamy, aż zostajemy w samych gatkach i z gęsią skórką. Dają Ziemkiewicza w „Urze”, więc nucimy „nie płaczcie wierzby nam”, szukamy nerwowo wspomnień partyzanckich Mieczysława Moczara i przymierzamy skajowe oficerki. Gdy już jesteśmy gotowi do wymarszu na Wał Pomorski, żeby tam wypalić z katiuszy do Merkel, to wpada nam w rękę „Ciało obce”. Obarot: ściągamy buty i odwijamy onucki. Znowuż gdzieś widzimy Ziemkiewicza i ręce nam się składają do modlitwy, ale nagle czujemy pod pazuchą „Ciało obce” i z modlitwy nici, bo nas nieprzyzwoicie wzdyma. Jednym słowem „jak żyć?”. To pytanie wraca jak zgniły bumerang. No więc odrzucamy ów bumerang i w czasie, gdy jest poza horyzontem, czytamy powyborczą analizę stanu polskiego społeczeństwa. Czytamy akurat, że nieładnie się bawimy, czego autor nie pochwala. Zaczynają nas żreć wyrzuty, aż bumerang, bum, wraca, niosąc taką oto sentencję z „Ciała obcego”: „Spuścić się facet może i w rękę, ale przyjemność zaczyna się dla niego dopiero wraz z pochwałami” (str. 83). I chyba właśnie dlatego nie wiemy jak żyć, czy czytać to dalej, czy nie, i czy to chwalić, czy ganić.
Kompletnie nie zastanawiamy się, cóż teraz porabia prezes i dlaczego – co sprawdziliśmy na Facebooku – jest on w guście tak ogromnej liczby Polek. Wyrzuciliśmy z pamięci twarz Błaszczaka, ową twarz z owego niedzielnego wieczoru, i nie zastanawiamy się, czy ów się wtedy poryczał, czy nie. Nie zastanawiamy się, dlaczego Premier z Krakowa przestał chodzić na wybory, dlaczego zamienił się w zezłoszczone bobo i dlaczego przez tyle lat uważano go za politycznego geniuszka. Kompletnie nie myślimy o Budapeszcie, największym mieście rozpusty w tej części Europy.
Myślimy za to, trochę, o Sakiewiczu, który wydaje gazetę przedstawiającą rzeczywistość alternatywną, czego mu zazdrościmy. Dużo myślimy o Wildsteinie i o jego zabobonnej wierze w moc złowrogich sił i liczymy, że owe siły natchną go do skreślenia nowej, kilkusetstronicowej powieści z licznymi wątkami pełnymi diabolicznego dymania w kondominium. Bardzo marzymy o Gawryluk, bo nikt tak przekonująco nie potrafi analizować nietrafionych sondaży jak ona. Uwielbiamy, rzecz jasna, Gowina, który wie, jak jest w każdej sprawie, a najwięcej w sprawach, o których nic nie wie. I oczywiście Ziemkiewicza – bowiem człowiek ten równocześnie nas prostuje i skrzywia. Zwłaszcza ostatnio.
Oto słuchamy go sobie w podziemnej telewizji i od tego słuchania siodłamy konia, ale zaraz potem zerkamy do „Ciała obcego” i natychmiast konia rozsiodłujemy. Czytamy Ziemkiewicza w „Rzepie” i wdziewamy kontusz, kartkujemy „Ciało obce” i kontusz zzuwamy, aż zostajemy w samych gatkach i z gęsią skórką. Dają Ziemkiewicza w „Urze”, więc nucimy „nie płaczcie wierzby nam”, szukamy nerwowo wspomnień partyzanckich Mieczysława Moczara i przymierzamy skajowe oficerki. Gdy już jesteśmy gotowi do wymarszu na Wał Pomorski, żeby tam wypalić z katiuszy do Merkel, to wpada nam w rękę „Ciało obce”. Obarot: ściągamy buty i odwijamy onucki. Znowuż gdzieś widzimy Ziemkiewicza i ręce nam się składają do modlitwy, ale nagle czujemy pod pazuchą „Ciało obce” i z modlitwy nici, bo nas nieprzyzwoicie wzdyma. Jednym słowem „jak żyć?”. To pytanie wraca jak zgniły bumerang. No więc odrzucamy ów bumerang i w czasie, gdy jest poza horyzontem, czytamy powyborczą analizę stanu polskiego społeczeństwa. Czytamy akurat, że nieładnie się bawimy, czego autor nie pochwala. Zaczynają nas żreć wyrzuty, aż bumerang, bum, wraca, niosąc taką oto sentencję z „Ciała obcego”: „Spuścić się facet może i w rękę, ale przyjemność zaczyna się dla niego dopiero wraz z pochwałami” (str. 83). I chyba właśnie dlatego nie wiemy jak żyć, czy czytać to dalej, czy nie, i czy to chwalić, czy ganić.
Stanisław Mancewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (1)