Był dla Kościoła w Polsce (i nie tylko w Polsce, bo liczono się z nim bardzo także w Kurii Rzymskiej) kimś naprawdę ważnym. Można było nie zgadzać się z jego poglądami i z jego publicystyką, ale on te poglądy miał i nie wahał się o nich publicznie mówić – a to w Kościele instytucjonalnym nie jest takie znów częste. Był poza tym świetnym organizatorem: miał wizję i potrafił wcielać ją w życie. No i był intelektualistą.
Poznaliśmy się 35 lat temu, w lutym 1976 roku: on był wtedy młodym księdzem, ja licealistą. To dzięki niemu poszedłem na filozofię i wybrałem Kraków. Czytywałem potem jego książki, chadzałem na wykłady, robiłem z nim wywiady, ba, uczestniczyłem nawet w jego święceniach biskupich… A on zawsze mnie rozpoznawał i obdarzał życzliwością, co traktowałem jako zaszczyt.
Przyznaję: nie wszystko, co mówił i pisał, budziło mój entuzjazm. Jako czytelnik, słuchacz i obserwator bywałem czasem dość krytyczny… Nigdy jednak nie miałem wątpliwości, że – nawet kiedy nam było „nie po drodze” – on wciąż mnie inspirował, zmuszał do myślenia, do sprzeciwu. Budził szacunek – z powodu tego, kim był i co robił.
Razem z całym Kościołem w Polsce przeżywam teraz żal i poczucie ogromnej straty. I z pewnym lękiem myślę o tym, jak będzie wyglądał ten Kościół (przede wszystkim Konferencja Episkopatu) – bez niego. Bez jego autorytetu, odwagi i umiejętności otwartego stawiania problemów.


Komentarze
Pokaż komentarze (72)