ezekiel ezekiel
507
BLOG

Terroryzm ponowoczesny

ezekiel ezekiel Kultura Obserwuj notkę 25

Listopadowy wieczór 1989 roku. W mieście od pewnego czasu dało się wyczuć napięcie. Po Berlinie wschodnim rozchodzi się plotka, głosząca, że coś wielkiego wisi w powietrzu. Ludzie gromadzą się przed murem czekając na moment, kiedy słowo stanie się ciałem. Słuchają z niecierpliwością wiatru zmian, który gra prześlizgując się a to przez szlaban, a to przez metalową siatkę koło punktu granicznego. W stróżówce oficer, widząc zniecierpliwionych berlińczyków, z niecierpliwością oczekuje na sygnały przełożonych. Stało się. Szlaban podniesiony. Otwarcie granicy uruchomiło lawinę. Rozentuzjazmowany tłum łapie za to, co ma pod ręką: kije, niektórzy z domów przynieśli łopaty i młotki. Tego wieczoru historię pisze się kilofami. Berlińczycy z mieszanką entuzjazmu i nienawiści pastwią się nad budowlą, która ścianę ich więzienia przez 28 lat. 28 lat upokorzeń, tęsknot i tragedii skumulowały energię potencjalną, która teraz zamienia się w energię kinetyczną wprawiając w ruch kilofy i młotki, ręce i łopaty. Trwa wielki karnawał. Nazajutrz cały świat obudzi się odmieniony. Twarze zniecierpliwionych berlińczyków pojawią się na okładkach wszystkich czasopism, zagoszczą na ekranach wszystkich telewizorów. Świat wielkiej polityki, wielkich symboli i kultury implodował w nocy z 9 na 10 listopada 1989 roku. Mur upadł. A wraz z nim komunizm.

           Ostatnie miesiące to bardzo gorący okres. Okres triumfu Wałęsy i Solidarności, śmierć Chomeiniego, okres opuszczenia przez wojska radzieckie Afganistanu, okres masakry na Tiananmen, okres przemian w Bloku. Cała historia skumulowała się w roku 1989 i wybuchła. Według Francisa Fukuyamy wybuch zadał jej śmiertelne rany. W roku 1989 historia skończyła się. Wygrała wolnorynkowa gospodarka i liberalna demokracja. Świat zalała huntingtonowska trzecia fala demokratyzacji. Trzecią falę dostrzegł również Alvin Toffler. Tylko, że już w latach 70. I bynajmniej nie była to fala demokratyzacji, choć była z nią skorelowana. Mur berliński musiał zostać zmyty przez którąś z trzecich fal. Może nawet został zmyty przez obie naraz. W 1989 zakończył się krótki wiek XX, który rozpoczął się wraz z rozpoczęciem I Wojny Światowej. Mur przewrócił się, pogrzebał stary świat, a nowy świat z nadzieją parzył w przyszłość oczekując na to, co na gruzach muru wyrośnie.

Przestał istnieć jeden z biegunów. A jego miejsce powstała kakofonia trzecich, czwartych i piątych dróg. Cześć z nowopowstałych tworów aspirowała do stworzenia modelu wygranego bieguna. Część grzęzła w beznadziei i gruzach starego systemu.

W Hollywood zabrakło miejsca na bohaterów-partiotów o stalowych nerwach. Ich miejsce zajęli skacowani policjanci z problemami rodzinnym; potomkowie ery „post”, w której nie bardzo było wiadomo, kto jest przyjacielem a kto wrogiem. Jednak na horyzoncie zamigotał wróg. Dostrzegł go Samuel Huntington. Po odejściu w niepamięć sporów ideologicznych na pierwszy plan wysuwają się spory kulturowe. To one mają być osią nowego sporu. Cywilizacje miały się ze sobą zderzyć.

Zderzenie nastąpiło 11 września 2001 roku. Cywilizacja islamska zderzyła się z cywilizacją demokracji liberalnej. Dwa samoloty wbiły się w najsłynniejsze budowle Zachodu. Wstrząs był ogromny. Na tyle duży, aby wskrzesić martwą historię. Dwa samoloty były dwiema elektrodami defibrylatora. Historia pogrążona w śmierci klinicznej na trochę ponad 10 lat odżyła wraz ze śmiercią 3000 nowojorczyków. W ten sposób rozpoczął się wiek XXI. Wiek, w którym należy się spodziewać niespodziewanego, jak pisał Andree Gluksmann.

Cywilizacje zderzyły się wypełniając samosełniające się proroctwo. Jednak na uboczu toflerowsko-huntingtonowskich gigatrendów pozostają naisbittowskie megatrendy. Jednym z nich jest ponowoczesny terroryzm, który najsilniej zmaterializował się w dniu ataków na WTC. Bezlitosny rechot historii. Thomas Friedman zestawił dwie daty 11/9 i 9/11. Pierwsza była datą narodzin nadziei, druga datą jej śmierci i narodzin niepokoju. Oto nadchodzi wiek globalnego nihilizmu. Jest to czas nie tylko tych, którzy cierpią i chcą się odegrać, zemścić. Jest to również wiek tych, którzy bezinteresownie chcą zadawać cierpienie. Robią to tylko dlatego, że mogąto zrobić.            

20 marzec 1995 roku. Obrzydliwie zatłoczone tokijskie metro. Trzy linie. Dziesięciu mężczyzn z parasolami z zaostrzonymi czubkami. Każdy z nich nerwowo spogląda na zegarek. Dochodzi umówiona godzina. Na podłodze pięciu wagonów każdej w trzech linii metra zostają rzucone kłębki gazet. W środku każdego z nich znajduje się sarin. O umówionej porze mężczyźni przebijają gazety szpikulcami od parasoli i wychodzą jak tylko otwierają się drzwi na najbliżej stacji. W zatłoczonych wagonach ludzie widzą płyn wyciekający z gazet. Część z nich sądzi, że to pobite jajka. Po kilku minutach zaczynają się źle czuć. Rozpoczyna się dramat. Sarin paraliżuje układ nerwowy. Tego poranka w metrze zginęło 12 osób. Kilkadziesiąt zostało poważnie rannych. Kilkuset wymaga opieki medycznej.

Miesiąc później. Oklahoma City. Słoneczny poranek. Pod budynek federalny podjeżdża żółta furgonetka. Wychodzi z niej dwudziestoośmio letni Timothy McVeigh. Wkłada w uszy watę, aby huk wybuchu nie uszkodził mu słuchu. Kiedy dochodzi godzina 9.01 McVeigh jest już dość daleko od budynku. Eksplozja następuje o 9: 02. Jedna trzecia budynku zamieniła się w gruz grzebiąc 168 osób w tym 19 dzieci. Kilkaset osób zostało rannych. Apokaliptyczny miesiąc. Chwilowe fluktuacje; złowrogie grzebienie trzeciej fali pogrążyły w konfuzji światową opinię publiczną.

W styczniu 2002 roku piętnastoletni Charles Bishop uprowadził niewielki samolot sportowy. Kiedy zorientowano się, że maszyna została porwana wysłano za nią dwa myśliwce. Zanim jednak zdążyły one przechwycić samolot, młody pilot skierował ją w czterdziestopiętrowy budynek Bank Of America. Bishop wbił się w wieżowiec na wysokości 28 piętra. Zginął na miejscu. W jego kieszeni znaleziono list, w którym mgliście przyznawał się do fascynacji Osamą ibn Ladenem. Dwa dni przed atakiem Bishop polecił swojemu koledze, aby śledził serwisy informacyjne, ponieważ jakaś firma lotnicza ma go zatrudnić, o czym będzie głośno.

Madryt. 13 marzec 2004 roku. Dwa i pół roku po zamachach 9/11.  Zatłoczona kolej podmiejska. Trzynaście bomb. Dziesięć eksplozji. W zamachach ginęło 192 osoby. Siła eksplozji była tak wielka, że uniemożliwiła identyfikację ciał. Był to największy zamach w historii Europy po Lockerbie.

Rok później w Londynie w godzinach szczytu eksplodują trzy ładunki wybuchowe podłożone w metrze, jedna podłożona w autobusie. Giną 52 osoby.

           Członkowie sekty Najwyższa Prawda, która dokonała zamachów na tokajskie metro nie byli osobami upokorzonymi. Przynajmniej nie w tym stopniu, w jakim możnaby myśleć o upokorzeniu członków choćby Hamasu. Byli to w miarę majętni ludzie. Bynajmniej nie z samych dołów. W prawdzie guru Shoko Asahara, a właściwie Schizuo Matsumoto, odczuwał upokorzenie związane z dość niezadowalającymi wynikami w nauce, co ciągnęło się za nim przez całe jego dorosłe życie, jednak wydaje się to być zbyt lichą przesłanką, aby organizować zamachy terrorystyczne. Członkami sekty, którzy współpracowali przy tworzeniu sarinu byli młodymi inżynierami i zdolnymi chemikami. Nie na tyle zdolnymi, aby stworzyć coś, co spowodowałoby większe straty w ludziach niż sarin, ale dość zdolnymi, aby stworzyć silny gaz bojowy. Ich motywacją nie mogła wypływać z klasowego upokorzenia.

           Podobnie było z Timothym McVeighem. Był bardzo zdolnym programistą i militarystą z niemalże fanatycznym uwielbieniem broni; karykaturą kultu broni amerykańskiego red necka. Jego militarne ciągoty doprowadziły go do ekstremistycznej prawicowej organizacji wietrzącej rządowe spiski. To z kolei wydawało się być groteskową odmianą amerykańskiego obywatela kochającego swój kraj i widzącego w swoim rządzie spiskowca czyhającego na jego liberties. Budynek wysadził w zemście skierowanej przeciwko spiskującej rzekomo administracji. I znowu: brak upokorzenia klasowego. Stopień jego upokorzenia był tożsamy ze stopniem upokorzenia Asahary. Było to autowykluczenie ze społeczeństwa.

           Charles Bishop był dość przeciętnym amerykańskim nastolatkiem oglądającym kreskówki, czytającym komiksy i mającym problemy z trądzikiem. Jego atak był aktem młodocianej desperacji. Werterowskie cierpienie młodego Bishopa zmaterializowało się w zdemolowanym 28 piętrze Bank Of America.

           Jedną z osób powiązanych z zamachami w Madrycie był właściciel sklepu z telefonami komórkowymi. Sprzęt u niego zakupiony posłużył do detonacji ładunków wybuchowych. Zamachowcy z Londynu byli, wydawałoby się, dość dobrze zasymilowani. Jednak nie mieli szczególnych oporów, kiedy przyszło zdetonować ładunki i pozbawić życia kilkadziesiąt osób.       

           Istnieje terroryzm, u źródeł którego leży materialne upokorzenie. Ten terroryzm pozostaje raczej na peryferiach cywilizacji euroatlantyckiej. Terroryzmem, który przyczynia się do narastania lęku w nowoczesnych społeczeństwach zachodnich, jest terroryzm nihilistyczny. Nie wiadomo gdzie uderzy, kto będzie ofiarą, a kto katem. Terroryzm ten nie wysuwa żadnych szczególnych żądań. Jest autoteliczny, samocelowy. Akty przemocy są dla niego celem ostatecznym. Von Clausevitz zostaje wysłany do lamusa. Tutaj nie chodzi o to, aby przeciwnika zmusić do respektowania swojej woli. Tutaj chodzi po prostu o to, aby przeciwnikowi zadać cios, jak najgłębszy i jak najdotkliwszy. Selekcja celów nie odbywa się podłóg reguł honorowych. Nie chodzi o to, aby atakować dostojników, administrację, policję, czy wojsko. Selekcja celów odbywa się poprzez antycypację mediatyzacji. Najlepszym atakiem jest ten, który najdłużej utrzyma się na jedynkach czasopism i na paskach w telewizjach informacyjnych. Akt przemocy ma stać się aktem na scenie debordowskiego społeczeństwa spektaklu. Ma być widoczny. Scena globalnego spektaklu ma zostać podporządkowana aktorowi z sarinem, semteksem, bądź pilotowi samolotu. Spektakl ma się sprzedać, tak jak sztuka na Broadwyu, czy hollywoodzka sperprodukcja. Atak ma zostać skonsumowany. Nie bez powodu to WTC padło ofiarą. Terroryści również oglądają telewizję. Zmaltretowany w filmach katastroficznych Manhattan stanowił cel idealny. Największa ze światowych scen. W serwisach informacyjnych ciągle przewijało się zdanie, w którym komentatorzy wyrażali zdziwienie, że nie jest to film. Film i rzeczywistość spotkały się 11 września 2001 roku. Reżyserowie stali się złymi prorokami, którzy nieświadomie stworzyli samospełniającą się wróżbę.

Mocarstwo rzuca się na kolana profanując jego symbole. Jean Baudrillard pisał o fallicznym kontekście upadku wież. Janusz Głowacki mówił, ze Ameryce zostały wybite dwa przednie zęby i od tej pory nie będzie już mogła się tak szeroko uśmiechać. Każdy tekst, każdy obraz z tego wydarzenia rezonował i wzmacniał sygnał wysłany przez glucksmannowskich globalnych nihilistów. Nie jesteście bezpieczni.

           Świat ponowoczesny nie daje jasnych drogowskazów. Jest, jak pisał Thomas Eriksen w „Tyranii chwili”, jesteśmy otoczeni informacyjną watą. Wyrywamy z niej tylko skrawki. Jeszcze nigdy w historii człowiek nie miał tak szerokiego dostępu do informacji, co paradoksalnie nie oznacza, że jest dobrze poinformowany. Docierają do niego fragmenty, które tworzą rhizomatyczny labirynt, w którym nie ma wyraźnego centrum. Ponowoczesny terroryzm jest reakcją na ten stan rzeczy. Jest rozpaczliwym poszukiwaniem stałego gruntu i histerycznym poszukiwaniem niewzruszonego fundamentu. Fundamentem tym może stać się Najwyższa Prawda, Dżihad, walka ze spiskującym rządem, czy chwila czarnej chwały w prime timie. Złożoność świata ponowoczsnego rodzi napięcia, lęki i niepokoje. Niektórzy się z nimi godzą, niektórzy walczą z nimi na kozetce, niektórzy w kościele, niektórzy walczą z nim za pomocą semteksu przymocowanego do pasa. Zygmunt Bauman pisał, że ponowoczesność jest źródłem cierpień. W rzeczy samej. Barry Smart mówił o permanentnej rewolucji. Nie ma fundamentu. Jest ruch, amalgamat, nieklarowna zawiesina i informacyjna wata. Terroryzm zdaje się być dla niektórych panaceum na ponowoczesne cierpienie. Gwarantuje moment egzystencjalnego przesilenia, które może stać się punktem odniesienia.

           Akt terroru jest wtórny wobec fanatyzmu. Fanatyzm jest wtórny wobec lęku. Jest wybawieniem od niepewności i wieloznaczności. Ofiary się nie liczą. Liczy się fundament i fundamentalne pryncypia. Betonują one grząski świat i głowy ich zwolenników. Lęk jest czymś nieuchwytnym. Jest strachem skierowanym w próżnię. W nic. Fanatyzm będący lekiem na lęk często korzysta z terroru, przez co przyczynia się do rozprzestrzenienia się lęku. Ukąszenie heglowskie nie daje o sobie zapomnieć.

ezekiel
O mnie ezekiel

Interesuję się wszystkim, więc na niczym się nie znam. Na moim blogu można w komentarzach rzucać mięsem. Jeśli jednak ktoś się na to decyduje musi się liczyć z faktem, że mięsem może dostać. Nie cenzuruję nikogo. Nie donoszę administratorom o naruszeniu regulaminu. Jeśli ktoś dostrzeże w jakimś poście kwantyfikator "Polacy-katolicy" i poczuje się dotknięty wydźwiękiem tekstu zapewne skieruje swoje oczy na opis chcąc z niego zadrwić. Korzystając z okazji skierowanego tu wzroku wyjaśniam, że kwantyfikator taki jest skrótem myślowym. Nie znaczy tyle co "wszyscy Polacy-katolicy", tylko ich większość. O ile oczywiście zgodzimy się, że grupy społeczne różnią się między sobą pewnymi cechami. A chyba się różnią, ponieważ na jakiejś podstawie potrafimy je wyróżnić. "Polacy-katolicy" to tylko egzemplifikacja. Dotyczy to wszystkich kwantyfikatorów znajdujących się w postach. Odczuwam pewien dyskomfort, gdy zwracam się do osób starszych wiekiem, lub naukowym tytułem per "Ty" nie tłumacząc dlaczego tak robię. Tu jest miejsce na wyjaśnienia. Jestem zwolennikiem stosowania netykiety, której jedna z zasad mówi, że zwracanie się w Internecie do kogoś w ten sposób jest w dobrym tonie i w pewien sposób zrównuje, czy też egalitaryzuje rozmowę. Nie jestem jednak doktrynerem, jeżeli ktoś sobie tego nie życzy w każdej chwili mogę zaprzestać tego procederu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Kultura