Józef nagle ocknął się z ciężkiego snu, w który zapadł po wypiciu kilku piw na słońcu. No - chyba było jeszcze wino, albo i dwa - postawione przez sąsiada. Dzisiaj, po południu spotkał się z kolegami koło sklepu. Wzięli po parę piw i usiedli z tyłu na trawie, koło płotu z drucianej pordzewiałej siatki - tam gdzie zwykle. Potem doszedł do nich jeszcze Roman. Wczoraj obchodził imieniny. Specjalnie nie przepadali za sobą, jak to czasami bywa między sąsiadami, więc nie był na jego uroczystości obecny. Teraz jednak, tak jak koledzy, złożył solenizantowi życzenia.
- Noooo. Co tak będziemy stali z suchymi pyskami - stwierdził zadowolony z sytuacji solenizant - Poczekajcie tu chwilkę, a ja zaraz coś przyniosę.
Odszedł szybkim krokiem i zniknął za rogiem, kierując się do wejścia do sklepu. Nic nie powiedzieli, tylko spojrzeli na puste butelki po piwie ułożone pod siatką. Później odebrało by się za nie kaucję, dlatego każdy starannie poukładał sobie swoje osobno.
Jak to na Kaszubach. Tu rzadko ktoś komuś tak bezinteresownie stawia. Dlatego nawet jak się spotykają na piwie, to każdy musi za swoje zapłacić. Nie tak jak na Lubelszczyźnie. Właśnie stamtąd pochodził Józef, a właściwie to jego rodzice. Nawet na wiosnę odwiedził tam swoją rodzinę: wujków, ciotki, kuzynów. Jego rodzice przyjechali tutaj zaraz po wojnie. Zamieszkali w kaszubskiej wsi, pośród miejscowych, którzy nie zlękli się Ruskich i nie zwiali z Niemcami na zachód. On urodził się już tutaj. Nie pamiętał tej wrogości w spojrzeniach autochtonów, gdy jego rodzice zajmowali poniemiecki dom we wsi. To był ładny, duży, murowany z białej cegły dom z czerwoną dachówką. Przy nim zadbane dostatnie gospodarstwo. Lepsze niż u sąsiadów i lepsze niż u dziadków na lubelskiej wsi. Tam dom był drewniany, chociaż na podmurówce i kryty przedwojenną sanacyjną blachą, a zabudowania gospodarcze nie tak porządne jak tutaj. Wszystko tu wydawało się wtedy lepsze, bogatsze, nie zniszczone i nie wymizerowane przez wojnę. Miejscowi ją całkiem inaczej przeżyli. Umieli się dostosować, tak jak i kiedyś – za zaborów i wcześniej. Wiedzieli w którą stronę się obrócić, a do kogo wypiąć, komu ukłonić, a komu pogrozić pięścią, za kim się opowiedzieć i komu zaprzeczyć. Setki lat ewolucji dziejowych wykształciły w tym narodku szczególne zdolności przystosowawcze.
We wrześniu 1939, w polskich mundurach stanęli w obronie Polski przed Niemcami. No – może nie wszyscy. Niektórzy wiedzieli już co się święci. Oni, lub ktoś z ich rodzin, pracowali dla Niemca w Gdańsku. Od lat obserwowali wzrastającą potęgę tego narodu i zazdrościli mu tego ich uporządkowania, bogactwa, siły. Polska - chociaż dumna, ambitna – wyglądała przy nim siermiężnie. Wprawdzie zbudowano Gdynię i nakreślono politykę morską. W Zatoce Gdańskiej pojawiły się polskie okręty wojenne, a podczas gdańskiego kryzysu – jeszcze za Piłsudskiego – na granicy Wolnego Miasta postawiono groźną wojskową blokadę. Ale jakoś wtedy rozeszło się po kościach, Niemcy wymiękli i wycofali się ze swoich antypolskich działań. Wtedy jeszcze Polska była silna i Niemcy musieli się z nią liczyć. Ale teraz ?
Dlatego po wejściu Niemców niektórzy Kaszubi szybko podpisali volkslisty, niektórzy jeszcze się wahali. Ci – co zwlekali za długo - zostali wysiedleni do Generalnej Guberni. Część roztropnych nawet szybko zamieniło polskie oliwkowe mundury i charakterystyczne stalowe donice na brudnozielone mundury niemieckie i hełmy z charakterystycznym okapem – wstępując do Wehrmachtu. Wydawało się wtedy, że zwycięstwo należeć będzie do Tysiącletniej Rzeszy i już nikt nigdy tego nie zmieni.
Historia tej ziemi nie była za bardzo znana Józefowi. Nie był to jego konik. W szkole – i owszem – uczył się Historii Polski, Europy i Świata, ale nie nauczano wtedy historii regionalnej. Po za tym raczej nie przepadał za tym przedmiotem. W dzieciństwie trochę dziwił się, że we wsi ludzie rozmawiają w jakimś obcym, niezrozumiałym dla przyjezdnych języku. W domu nie słyszał go nigdy. Tak samo było w szkole. Jednak dzięki codziennemu obcowaniu z kolegami szybko go opanował. Co innego rodzice. W domu, jak i w szkole, mówiło się tylko po polsku. Właściwie to tylko mama, bo ojciec we wczesnym dzieciństwie Józefa odszedł lub wyjechał, a może i zginął – jak mawiali niektórzy we wsi. Podobno poszedł z leśnymi – tutejsi czasami nazywali ich bandytami. Podobno w czasie okupacji był w partyzantce i to być może było przyczyną opuszczenia przez rodziców Lubelszczyzny. Lecz dlaczego w końcu lat czterdziestych, lub na początku pięćdziesiątych miałby wrócić z powrotem do lasu ? Tego Józef nie wiedział i nie rozumiał.
Przebudzenie było ciężkie. Łeb go strasznie rypał, w gębie język wysechł na wiór. Suszyło go okrutnie. Na dodatek nie bardzo jeszcze kojarzył gdzie się znajduje. Wokół panował już przedwieczorny półmrok, chłód, charakterystyczny lekki zapach stęchlizny, staroci i ledwo wyczuwalnego kadzidła. Kadzidła ? Tak – kadzidła. Półleżąc, półsiedząc znajdował się w kościelnej ławce. W jednym ze środkowych rzędów, na jej skraju – tuż przy bocznej nawie. Ławki były stare, jeszcze chyba przedwojenne. Całe zabudowane, rzeźbione - tak, że ze swojej pozycji nawet nie widział, czy jest w kościele sam, czy też ktoś jeszcze się tu znajduje. Widział tylko czerwone światełko przed ołtarzem i samą górną jego część odbijającą w złoceniach i polichromiach światła z rzadka porozmieszczanych na ścianach kinkietów. Pozałamywane i poprzerywane poprzez rusztowania, ustawione na czas remontu. Wprawdzie dobiegł on już końca i proboszcz planował w najbliższą niedzielę w czasie sumy – po ich demontażu – uroczyste poświęcenie odnowionego ołtarza. Nadal jednak jeszcze stały. Może malarze planowali wykonać jeszcze ostatnie poprawki, a może jacyś parafianie zobowiązali się sami posprzątać w kościele po remoncie.
Józef nie poruszając się zaczął pilnie nasłuchiwać. Poprzez dzwoniącą ciszę doszły go wypowiadane półgłosem słowa. Pomimo bólu głowy starał się skupić i wytężył słuch dla rozpoznania ich i osoby wypowiadającej. Może to proboszcz ? Może kościelny, albo organista, a może ktoś z sąsiadów ze wsi ? W każdym bądź razie Józef wolałby nie mieć żadnych świadków tego swojego przebudzenia. To żadna chluba uciąć sobie drzemkę w kościelnej ławie - tym bardziej po pijaństwie. Najgorzej, że nie wiedział jak się tu znalazł. Może to koledzy dla kawału go tu położyli, a teraz siedzą przy flaszce u Romana na poprawinach imienin i rżą radośnie z tego kawału. A może tylko idąc do domu, zmęczony wstąpił do świątyni, aby schronić się na chwilę w cieniu i odpocząć.
Nie było przecież żadnego wielkiego pijaństwa. Roman wrócił ze sklepu tylko z dwoma winami i nie były to te najtańsze jabole, ale prawdziwe wino gronowe – importowane. Nie było może drogie, ale prawdziwe - z winogron. Jednak wypite wcześniej piwa, do tego te wina i to wszystko w pełnym słońcu – zrobiły swoje. Jeszcze pamiętał radosne rozmowy kompanów, a później....
Obudził się w kościelnej ławie i teraz wyciągając szyję starał się dojrzeć, któż to i z kim rozmawia przed ołtarzem. W zapadającym mroku dostrzegł zgarbioną szczupłą sylwetkę klęczącego kędzierzawego blondyna, tylko z lekka wyleniałego. Ze złożonymi na piersi rękoma żarliwie modlącego się półgłosem. Józef nie poruszając się wpatrywał się w postać, starając się ją rozpoznać. Na moment tylko ujrzał jej profil, gdy tamten wypowiadając słowa jakiejś modlitwy obrócił głowę w stronę figury Św. Józefa z boku ołtarza. Nie był to nikt z tutejszych, ale wydawało się Józefowi, że skądś go zna. Tylko skąd ? I kto to jest ? Poprzez ból głowy starał się skupić, przypomnieć. Kto to może być ? Gdzieś już go widział.
Zbierając rozproszone myśli, wspomnienia jednocześnie wytężał słuch starając się wyłowić z pośród ech świątynnych pogłosów słowa modlitwy nieznajomego. Zauważył ciągle, niemal mechanicznie powtarzane frazy. Po chwili był pewien, że mężczyzna modli się po kaszubsku, czasami tylko wplata pomiędzy słowa modlitwy prośby wypowiadane po polsku i zdania w obcym, chropowatym języku. Języku, którego niektóre, poszczególne słowa rozpoznawał. Tak to język niemiecki, Józef uczył się go kiedyś w technikum. Było to dawno, ale jeszcze trochę z tego pamiętał.
Òjcze nasz, jaczis jes w niebie,
niech sã swiãcy Twòje miono,
niech przińdze Twòje królestwò,
iech mdze Twòja wòlô
jakno w niebie tak téż na zemi.
Chleba najégò pòwszednégò dôj nóm dzysô
i òdpùscë nóm naje winë,
jak i më òdpùszcziwómë naszim winowajcóm.
Mein Gott, mein guter Gott. Ich frage Sie, mir daß helfen Sie.
Panie Boże, Panie Boże, proszę pomóż mi...
Seien Sie freundlich, meine Gebete zu hören. So sehr Sie bitte....
Co ze mną będzie... Panie Boże pomóż mi...
Tak modlił się nieznajomy – gorąco, żarliwie, z lekka kiwając się to w przód, to w tył. Józef wyciągając szyję obserwował to z zaciekawieniem i podziwem dla jego zaangażowania. O co on się tak bardzo modli ? Kto to jest ?
Tak ! Już sobie zaczął przypominać. Jego charakterystyczny sposób wypowiadanych słów, z lekkim seplenieniem i nie wypowiadaną literą r. Taki dziwny, niewyraźny. Słyszał go przemawiającego w telewizji i to nie raz. Tak ze dwa lata temu kandydował na Prezydenta - i przegrał. Jak to on się nazywał ? Jakoś tak Dysk ? Isk ? No, coś w tym rodzaju. Już wiedział, pamiętał jego dumną, arogancką twarz z ekranu i dużo, dużo ludzi wokół niego. Krzyki, brawa, entuzjazm i te ich trzęsące się spocone ręce - widoczne gdy kamera odjeżdżała w tył ukazując całe postacie. Ludzie, których już wcześniej widział – też w telewizorze. Ludzie, którzy zawsze parli do władzy, do banków, do spółek, do pieniędzy. I byli tam ! Rządzili, bogacili się. Czyim kosztem ?
Kraj ubożał - Józef też. Stracił wtedy pracę, miał dużo czasu na przesiadywanie przed telewizorem. Dla takich jak on – już nie młodych - na prowincji nie było roboty. No co mógł zrobić ? Siedział w domu i patrzył w ekran. A oni rośli, tyli, gęby uśmiechnięte, festyny, imprezy, spotkania, uściski dłoni, poklepywania po plecach i zapewnienia - ciągle te zapewnienia, że jest dobrze, że będzie jeszcze lepiej i te ich wyszczerzone gęby, flagi, transparenty....
A potem ludzie ich rozliczyli i wygonili od koryta ! Na wyborach im nie poszło - chyba wygrali wtedy czerwoni. I znowu inne zadowolone, tłuste gęby zaczęły szczerzyć się z ekranu. I znowu to samo. Wydawało się, że nigdy się to nie skończy, że ciągle będzie tak jak było. Co cztery lata nowa – stara ekipa. Na zmianę: raz jedni, potem drudzy, znowu ci pierwsi, a potem drudzy – i tak latami. Bez końca. A Józef siedział przed telewizorem i patrzył. Czasem wypił – jak przyszedł zasiłek. Wszyscy wtedy pili. Co było robić tu - na wsi ? Kiedyś dojeżdżał do roboty, do miasta. Teraz i dla miastowych jej brakowało. My tu na wsi jakoś damy sobie radę - tańsze życie, w ogródku coś urośnie, w sezonie się gdzieś u kogoś w polu dorobi. Przeżyjemy – jakoś przeżyjemy.
Aż wreszcie Polacy coś zrozumieli i pogonili wszystkich ! Zmienili sejm, rząd, prezydenta. Zaświtała nadzieja i powoli zaczęło się poprawiać. A ten tutaj klęczy i modli się. Jak on się nazywa ? Jak się ten skurczybyk nazywa ?
Józef zmarszczył czoło i brwi. W zamyśleniu uniósł spojrzenie w górę, tam nad ołtarz - spowity rusztowaniami i mrokiem. I nagle coś dostrzegł – na najwyższym podeście rusztowania siedzącą, jasną sylwetkę człowieka. Na chwilę zapomniał o modlącym się – patrzył. Był to mężczyzna z długimi, jasnymi włosami do ramion i takąż brodą – sięgającą do piersi. W białej koszuli. Siedział z kolanem prawej nogi podciągniętym do góry i stopą wspartą na podeście, a drugą nogą swobodnie spuszczoną na dół. Prawą rękę wsparł na podciągniętym kolanie, a całym ciałem wygodnie oparł się o pionową belkę rusztowania. Patrzył w dół na modlącego się. Pomimo znacznej odległości - o dziwo – Józef dostrzegł wyraźnie jego twarz. Pewnie z powodu długich włosów i brody nie był w stanie określić wieku siedzącego. Nie był on z pewnością młody, na starego też nie wyglądał. Nie miał widocznych zmarszczek brużdżących twarze ludzi z wiekiem i pod wpływem trosk dojrzałych. A jego spojrzenie, wyraz twarzy, grymas ust - były pełne dezaprobaty i pogardy. Wyrażały niezadowolenie i do tego jego powolne, ledwo dostrzegalne, przeczące kręcenie głową. Usta zaś zdawały się mówić, Józefowi wydało się, że nawet słyszy słowa – wypowiadane jakby bezdźwięcznie:
- Jak śmiesz. I ty masz czelność o to prosić ? Jak śmiesz o to prosić ? Jak ci nie wstyd ?
Nagle Józef gwałtownie poderwał się z ławki i głośno kopnął przy tym w jej obudowę. Przecież nie mógł słyszeć tego, co mówi tamten, wysoko na rusztowaniu ! Ten z kolei podniósł wzrok z nad modlącego się i spojrzał w ciemność, prosto w oczy Józefa – chociaż też nie powinien go stamtąd zobaczyć. Spojrzał na niego wzrokiem spokojnym, bez zdziwienia, jakby chciał dać do zrozumienia:
- Tak. Wiem, że tam jesteś – widzę cię.
Józefowi nagle nogi same ugięły się i zaczęły drżeć. Serce mocniej mu zabiło. Zachwiał się, ale zdążył jeszcze złapać równowagę - jedną ręką wspierając się na półce ławki, na której zwykle modlący kładli książeczki do nabożeństwa. W tym momencie kątem oka, na lewo w bocznej nawie, w otwartych drzwiach kościoła zauważył jakąś inną postać. Stała na zewnątrz, ciemna, nie wyraźna, skryta w mroku zmierzchu i tylko - czy to złudzenie, czy to odblask od lampki ołtarza – Józef zauważył przez chwilę jakby rozżarzone węgle, iskrzące się na czerwono oczy i błysk białych zębów w ustach ułożonych w zadowolonym uśmiechu. Gwałtowny dreszcz przebiegł mu po plecach. Za nim popłynęły stróżki potu. Wstrzymał oddech, palce same zacisnęły się na półce kościelnej ławki, a paznokcie wbiły w drewno. Zrobiło mu się słabo - jak nigdy. Kolana same się ugięły. Jeszcze chwila, a klapnie z powrotem na ławkę, zsunie się niżej - ukryje. Wzrok mu zmętniał, przed oczami zaczęły mu wirować czarne, czerwone i białe płatki - coraz szybciej i szybciej. Jeszcze poczuł, że osuwa się w ławce coraz niżej i ....
W tym czasie, na odgłos hałasów za plecami, klęczący przed ołtarzem mężczyzna szybko, gwałtownie poderwał się na nogi. Spojrzał w ciemność - lecz niczego w mroku nie zauważył. Jeszcze spłoszonym wzrokiem omiótł wnętrze świątyni. Przez chwilę zawahał się. Chciał coś powiedzieć - ale zrezygnował. Nerwowym ruchem otrzepał dłonią spodnie na kolanach i pośpiesznym, sprężystym krokiem skierował się do bocznej nawy - w kierunku otwartych drzwi kościoła i zniknął w zapadającej na zewnątrz ciemności.
Józef półklęcząc, skulony w kościelnej ławce, nagle otworzył usta - jak do krzyku i zaczerpnął głęboko powietrza do płuc. Tak jak człowiek tonący chwyta ostatni dech z nad powierzchni wody. Od razu poczuł się lepiej. Drżenie nóg ustąpiło, wzrok się wyostrzył, wirujące płatki zniknęły. Z otwartych drzwi kościoła twarz schłodził mu i orzeźwił lekki, przyjemny, pachnący, wieczorny wietrzyk. Od razu poczuł się lepiej. Wyprostował się i spojrzał przed siebie. Przed ołtarzem nikogo już nie było. Powoli uniósł wzrok wyżej, na szczyt rusztowania – tam też już nikogo nie dostrzegł. Chociaż z powodu coraz późniejszej pory zrobiło się tam teraz jakby ciemniej. Jeszcze tylko z lekkim napięciem odwrócił głowę w lewo, w kierunku bocznych drzwi – tam również było pusto. Jedyne co zobaczył, to poruszające się powoli pod wpływem wiatru - ledwo widoczne w zapadającym zmroku - gałęzie krzaku bzu na przykościelnym podwórzu, pod murem.
W tym momencie posłyszał skrzypienie drugich, bocznych drzwi świątyni, po przeciwnej stronie- na prawo od ołtarza. Z cienia wyłoniła się zgarbiona postać kościelnego, zmierzającego w zamyśleniu w kierunku zakrystii. Pewnie przyszedł - jak co dzień – sprawdzić, czy wszystko w porządku, pogasić światła i zamknąć kościół na noc. Nie zauważył Józefa zastygłego jak posag nieruchomo, szedł dalej swoją obraną drogą. Gdy tylko zniknął w drzwiach zakrystii, Józef wyszedł z ławki, przyklęknął na jedno kolano, spojrzał w kierunku ołtarza na krzyż i starannie, powoli z szacunkiem się przeżegnał. Powstał, jeszcze raz popatrzył na boczne drzwi, przez chwilę się zawahał, a potem obrócił na pięcie i skierował w kierunku głównych drzwi. Ostrożnie stawiał stopy, szedł cicho tak, aby nie zostać zauważonym przez kościelnego. Przy drzwiach obrócił się i jeszcze raz przykląkł i się przeżegnał.
Pchnął ciężkie stalowe wrota i zaraz znalazł się na zewnątrz. Zatrzymał się za progiem w zamyśleniu. Starał się jeszcze jakoś uporządkować swe myśli i wrażenia. Czegóż to tak naprawdę był świadkiem ? Modlącego się przed ołtarzem człowieka znał, chociaż jakoś nie mógł sobie przypomnieć nazwiska. Kim jednak była ta postać na rusztowaniu ? Czyżby był to Ten, któremu poświęcona była ta świątynia ? A może był to tylko malarz, który po zakończeniu prac renowacyjnych po raz ostatni oglądał swoje dzieło ? A kogo w takim razie dostrzegł stojącego przed progiem bocznych drzwi i co znaczył ten jego zadowolony uśmiech ?
Może gdyby wiedział o co tak żarliwie modlił się tamten człowiek i dlaczego ta intencja nie podobała się temu na górze, wtedy zadowolenie ciemnej postaci przed świątynią wydawało by się oczywiste. Zdarzenie to mogło by ułożyć się w pewną całość, a wszystkie osoby mogły by zostać określone.
Za kilka dni wybuchł w Polsce kolejny skandal polityczny. Jak do tego doszło ? Co było przyczyną ? Jedną z ról władzy w kraju jest strzeżenie porządku, przeciwstawianie wszelkiemu złu i ściganie przestępców. Jeżeli nie można inaczej – to trzeba też stosować prowokacje. Bo jeżeli się tego nie zrobi – to jak można schwytać, osądzić i ukarać winnych ? Janusz Kaczmarek do pewnego momentu był częścią tej władzy, a potem ją zdradził. Dlaczego tak uczynił ?
Stanisław Michalkiewicz w swoich świetnych felietonach określa go mianem agenta razwiedki. Czy jednak naprawdę był czyimś agentem ? Jego historia raczej nie nie może być określona mianem chlubnej. Już wcześniej – pod koniec lat osiemdziesiątych – kończąc prawnicze studia i starając się o pracę w prokuraturze, zyskał złą opinię oszusta i szantażysty. Gdyby o tym wiedział Jarosław Kaczyński, to z pewnością nie zaprosił by go do Rządu. Wbrew pozorom, Kaczyński nie jest osobą ogarniętą jakąś manią prześladowczą i nadmiernie podejrzliwą. Gdyby tak było, to z łatwością dowiedział by się o niechlubnej przeszłości przyszłego ministra. Powszechnie znana jest też jego pogarda dla ludzi z PZPR. Czy posiadając tę wiedzę wręczył by Kaczmarkowi nominację ? Oczywiście, że nie ! Czy w takim razie jest coś, co wskazuje na to, że ten Kaczmarek był czyimś agentem ? Być może, że jest - lecz kto zaangażował by jako agenta oszusta ? Ktoś z taką opinią mógłby w końcu stać się niebezpieczny, lub niewygodny nawet dla swoich mocodawców. Kto zaufał by oszustowi ?
Odnoszę wrażenie, że to nie Kaczyński i jego ludzie śledzili ministrów, zakładali im podsłuchy - lecz właśnie ci, którzy teraz tak głośno krzyczą o zamordyzmie, faszyzmie i terrorze ludzi z Rządu PiS. Przecież powszechnie znana jest ta przypowieść o człowieku, który najpierw ukradł, a potem najgłośniej darł mordę:
- Łapać złodzieja !
Sądzę, że Janusz Kaczmarek padł ofiarą szantażu. Wiedzę o jego przeszłości posiedli przeciwnicy Kaczyńskich i ją wykorzystali w odpowiednim momencie. Według nich najlepszym był czas montowania prowokacji służb przeciwko Lepperpowi. Ujawnienie i storpedowanie tej akcji pozwoliło wyrwać Samoobronę z koalicji, a nawet zachwiać zaufaniem do niej LPR – przez co i ci drudzy też odeszli. Zdrada Kaczmarka dodatkowo wywołała skandal. Nie miał on innego wyjścia, jak tylko podporządkować się szantażystom. Gdyby o jego przeszłości dowiedział się Jarosław Kaczyński – to z pewnością nie miał by dla niego żadnej litości. Dlatego Janusz Kaczmarek – jak to zwykle czynią wszelkie kanalie - tak zażarcie atakuje swoich dawnych kolegów z Rządu i gotów jest przeciw nim wszystko zaświadczyć i zmyślić każdą historię, którą tylko mógłby im zaszkodzić. Nikt chyba nie ma złudzeń, że walczy on o swoją skórę.
W tej sytuacji można domyślać się o co modlił się w tym starym kościółku, w kaszubskiej wsi Donald Tusk. Może o utrzymanie się przy władzy w PO, może o jakieś cudowne pogrążenie PiS-u, a może o powodzenie - tej jak się wydaje koronkowej, ale też i trudnej, złożonej - akcji prowokacyjnej przeciwko Rządowi ? Bo przecież samo oparcie się na oszuście i kanalii było by ryzykowne. Może uznał, że pomoc boska jest tu bardzo wskazana.
Czy Bóg wysłuchał by takich modlitw i podał rękę takiemu człowiekowi ? Jeżeli nie On, to czy takie prośby nie były by miłe temu, który z tak podłych uczynków ludzi zawsze się cieszy ? Temu, który nigdy nie wejdzie do Świątyni Przedwiecznego, ale ewentualnie stanie na zewnątrz, w cieniu z uśmiechem na twarzy i satysfakcją – że jest potrzebny, ciągle i nadal komuś jest potrzebny. I pewnie pomoże, bo gdyby nie pomagał, to skąd było by tyle zła na tym świecie ?
Józef jednak nie wiedział co o tym sądzić. Bóg, czy malarz ? Szatan, czy krzak bzu ? Jawa, czy sen ? Ech - zaczerpnął głęboko rześkiego, wiejskiego, zdrowego, wieczornego powietrza. Poczuł przy tym zapach gotowanych w domach kolacji. Dobiegł go radosny dźwięk świerszczy i stłumiony, oddalający się warkot odjeżdżającego samochodu. Jeszcze rozejrzał się wokoło. W domach, za murem kościelnego placu, paliły się już światła. Ruszył w stronę bramy, a za nią skręcił w prawo – w kierunku swojego starego, wygodnego, poniemieckiego domu. Jutro rano do roboty. Niedługo będzie już rok, jak pracuje w tym magazynie. Dobrze by było gdyby tak doczekać tam do emerytury.
Za domami wsi, za polami, tuż nad lasem kryjącym linię horyzontu gasły resztki czerwonej łuny po zaszłym słońcu - wróżące deszcz dla następnego dnia. Wyżej zaś, na całym sklepieniu nieba jarzyły się i wesoło mrugały gwiazdy zdające się mówić w Jego imieniu :
- Nie lękajcie się. Ja jestem.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)