

Symptomem kryzysu, który dotyka państwo, jest ewidentnie jego niewypłacalność. W krajach o stabilnej gospodarce zlecenie publiczne jest traktowane z należytym szacunkiem - bo pieniądz publiczny jest pewny jak śmierć i podatki, a szanująca się administracja dba o terminowość regulowania zobowiązań, tak ze względów prestiżowych jak i ze względu na system prawny nadzoru pieniądza publicznego - skomplikowane mechanizmy budżetowania, prawny zakaz udzielania zamówień bez zabezpieczenia środków na ich realizację, po automatyczny zarzut niegospodarności dla każdego z urzędników, który narazi swoimi decyzjami skarb państwa na odsetki od nieterminowych płatności. Taki system obowiązuje w Polsce i dotyczy zapewne każdego szczebla władzy publicznej, za wyjątkiem ... rządu
W cieniu zupełnie trzeciorzędnej z punktu widzenia interesu państwa "afery" z samobójstwem/niesamobójstwem (niepotrzebne skreślić wg uznania) jednego ze skazanych porywaczy Olewnika, dymisji prof. Ćwiąkalskiego, premier przechodzi do porządku dziennego nad błędem innego swojego ministra, błędem który będzie nas wszystkich drogo kosztował.
W czasie, gdy media emocjonowały się ministerstwem sprawiedliwości i ustawieniem kamery w celi jednego z więzień, doszły nas informacje, że dostawcy dla wojska, biegli sądowi i inni oczekujący na zapłaty z pieniędzy publicznych - zapłaty za swoje usługi i dostawy nie otrzymali. 253 mld zł wpływów do budżetu w 2008 jest kwotą dużo niższą od oczekiwań i rząd po prostu części swoich zobowiązań nie opłacił.
Oczywiście trudno podejrzewać, żeby minister Rostowski i premier Tusk dowiedzieli się o problemach z wpływami w grudniu - wierzę że monitoring wpływów istnieje i ministerstwo finansów znało dane po II i III kwartale. Normalną reakcją rządu w takiej sytuacji jest nowela budżetowa - albo zwiększająca deficyt (marne wyjście, ale prawne) albo ograniczająca wydatki ( czego oczekiwałbym po rządzie aspirującym do roli odpowiedzialnego i wyznającego przynajmniej werbalnie liberalne poglądy gospodarcze). Z żadnego z tych wyjść nie skorzystano, zachowując olimpijski iście spokój, pokrzepiając się wiarą we własne oświadczenia, że nas kryzys światowy nie dotyczy.
Cenię ludzi wielkiej wiary, choć w finansach przedkładam wiarę w kalkulator nad wiarę w cuda. W dodatku nie wiem na jaki cud możemy liczyć - zbliża się termin wykupu obligacji, na które środki rząd ma pozyskać .... z kolejnej emisji obligacji. Sposób stosowany przez wielu rodaków - debet z Visy można spłacić Mastercardem, potem na odwrót - nie trzeba być do tego profesorem ekonomii. Co jednak w przypadku złej sprzedaży kolejnej emisji? Kryzys nie musi zachęcać do inwestycji w obligacje, szczególnie że obligacje państwa nie wywiązującego się ze swoich zobowiązań - nie będą notowane najlepiej. Nie widać planu "B".
Tryskający optymizmem premier i lider partii miłości zapowiedział ograniczenia wydatków w budżecie 2009 o 17 mld. Budżet był planowany na 305 mld zł. Zostawiam na boku cuda i biorę kalkulator - 305-17= 288 mld. Wpływy tegoroczne - 253 mld. - deficyt 35 mld - przy założeniu że wpływy nie spadną. I zostają jeszcze wydatki 2008 które muszą być zapłacone w 2009. W samym MON wg. różnych doniesień 2-3 mld złotych.
Niestety, jest wiele symptomów tego, że wpływy mogą spadać - lekceważenie reakcji systemu bankowego na kryzys, zmniejszenie czy wręcz utrata zdolności kredytowej przez miliony Polaków i setki tysięcy większych i mniejszych przedsiębiorstw odbije się ujemnie na obrotach na rynku a co za tym idzie na wpływach podatkowych. Spektakularnym przykładem jest załamanie rynku deweloperskiego - przy wzorowanym na premierze urzędowym optymizmie w mediach, deweloperzy po cichu zamrażają inwestycje, wycofują się z rozpoczętych budów tam gdzie to możliwe. Obniżają ceny mieszkań do poziomu nie notowanego od kilku lat. Pośrednicy - branża kwitnąca - zamykają biura, ograniczają działalność. Budownictwo - z wywindowanymi w ostatnich
latach płacach na poziom niemal europejski - traci zlecenia i perspektywy. I są klienci - którzy nabyli nieruchomości skredytowane i którym w przypadku kredytu walutowego udział jego spłaty w wydatkach domowych rośnie z miesiąca na miesiąc ograniczając kwotę jaką mogą przeznaczyć na konsumpcję. I opisuję tu tylko jedną branżę - a na kredycie stoją wszystkie. Jeżeli dodać do tego masę Polaków, którzy z racji recesji tracą pracę w krajach europejskich, i przynajmniej ci, którzy nie nabyli tam praw do zasiłków, wrócą do Polski obciążając nasz system pomocy socjalnej .
Wszystko to skłoniłoby do założenia, że rok 2009 nie będzie rokiem bicia rekordu wpływów budżetowych - stąd cięcia wydatków muszą być w naszym wspólnym interesie większe. Zaklinanie rzeczywistości nie pomoże - trzeba sobie twardo i otwarcie powiedzieć - po latach tłustych, wzrostu PKB i wpływów podatkowych nadchodzi rok chudy - na który trzeba się przygotować w sposób nie generujący narastającego długu, który w przypadku przeciętnego Polaka nazywany jest pułapką kredytową. Od rządu należy wymagać posunięć bardziej logicznych i ambitniejszych niż przerzucanie płatności na przyszłe budżety czy spłacanie zadłużenia kredytem. Nie widać jednak, by nawet te okoliczności zmusiły rząd do realizacji obietnic wyborczych o redukcji wydatków. Wygłaszane przez premiera i jego ministrów na konferencjach prasowych zaklęcia dziwnie mi brzmią piosenką T.Love z której pożyczyłem tytuł do tego tekstu. Dominuje optymizm, wiara w gospodarczy cud i brak szacunku dla kieszeni podatnika, który zawsze za taką niefrasobliwość z odsetkami zapłaci...
Marcin Celiński


Komentarze
Pokaż komentarze (1)