artur olędzki artur olędzki
548
BLOG

Zginął Prezydent, niech żyje Król (z cyklu: szkice kwietniowe)

artur olędzki artur olędzki Polityka Obserwuj notkę 0

 

 

 

Pomyślmy zatem w czym był „najlepszy“ , w czym osiągnął realne, niepodważalne sukcesy, w czym był właściwie pionierem jako prezydent tzw III RP, pierwszym, który podjął o to walkę tak intensywną, godną odwagi rzeczywiście małego rycerza. Kiedy o tym pomyślimy, usłyszymy słowa: zobowiązanie, pamięć, „polityka historyczna“, kiedy o tym pomyślimy, zobaczymy twarze tych, których wpierw i szczególnie,  ,„zdradzono o świcie“. I te twarze, i te słowa stały się bytem jak najbardziej dotykalnym w Muzeum Powstania Warszawskiego. I te słowa, i te twarze nie miały w swoich przywódcach po roku 89 takiego zdesperowanego orędownika jak on. Tak, to był człowiek, któremu na sercu leżało rzeczywiście to, by Polska nie stała się ziemią, zarówno bez narodu, jak i bez państwa.
 
A teraz pomyślmy w jakim czasie, w jakim miejscu - jak bardzo ważnych dla wielu - zginął, wypełniając obowiązki (muszę "niestety" użyć tej frazy) na służbie dla nas; razem z nimi wszystkimi. Takiego zestawienia „przypadków“ nie wymyśliłby scenarzysta najbardziej „kiczowatych“ filmów –  jak to przyznała zszokowana reżyserka, która wcale nie pałała miłością do niego. Bo żaden scenarzysta nie odważyłby sie połączyć w katastrofie lotniczej, jego biografii, jego dokonań z takim miejscem i z takim czasem. Wydaje sie, że tylko w logice i scenariuszach Bożej Opatrzności takie „oczywistości“ są dopuszczalne i wtedy zyskują one rangę ... znaku.
 
Teza takowa staje się jeszcze bardziej uprawniona, gdy wspomnimy, jakie echo prawdy o bezbożnym terrorze poszło w świat,  jakie kłamstwo zostało zniszczone dzięki wydarzeniom tego dnia. Tak zatem jakies wielkie zło zostało przełamane przy nastaniu wielkiego cierpieniau zarazem, a w samej Polsce zobaczyliśmy przez kilka dni, od dawien dawna niepamiętany,  "cud nadziei i jedności". W logice “chrześcijańskiego mitu” zaistnienie takiej kolejności zdarzeń wyjaśniane jest tajemnicą Krzyża. I najpewniej to jego figura rozbłysła nagle 10 kwietnia, i też najpewniej oni wszyscy mieli tego dnia w nim swój udział. Ale nie dośc tego, bo ten Krzyż dalej zdaje się spełniać w cierpieniu ich najbliższych i wszystkich tych, którzy czują ból w sercu na myśl o ich odejściu. Nie chodzi o to, by kogoś na siłę przymuszać do "narodowej mitologii" , ale czy nie ma w tym jakiejś egzystencjalnej prawdy, że to cierpienie, ta śmierć, jak najbardziej okrutne same w sobie dla ludzi przez nie przechodzących, są też w jakimś sensie, i może nawet mimowolnie, ofiarą ... za Ojczyznę ? Oczywiście formułując taką refelksję, nie należy zaniechać roztropnego ustalania obrazu zdarzeń na poziomie czystej faktografii, choć też na tym poziomie trzeba będzie nam już chyba pozostać  wiecznymi "agnostykami", niezależnie od jakichkolwiek, "ostatecznych wyników".
 
Przed lotem do smoleńska agresywna ofensywa „chłopców z boiska“ nabrała szczególnego impetu. Wydawało się, że już zupełnie zapędzili jednego z "braci kaczyńskich" w kozi róg. Jednak najwidoczniej Wiekuisty Sędzia odgwizdał koniec meczu i nagle „chłopcy z boiska“ musieli przed nim upaść posłusznie na jedno kolano, oddając hołd przed jego trumną. I tak będą upadać już co roku, do końca swego żywota, nawet wówczas gdy tego ciałem nie okażą. I znowu prześwituje przez taki splot zdarzeń przedziwna logika Boskiej Opatrzności: wywyższenie przez przegraną, w sensie ziemskich zaszczytów, bo przecież za chwilę „chłopcy z boiska” zgarnęli całą pulę władzy. Powinni chyba jednak bardziej uważać, jaką historię próbują umniejszyć i przykryć zarazem przy okazji osiągania kolejnej politycznej wygranej. Czasem jest tak, że pewne zdarzenia w sposób bardzo przekonujący jawią się jako Historie Metafizyczne, chociaż może od razu tego nie widać. Ale występując w tak bardzo ważnych wydarzeniach, trzeba rozpoznać w nich swą rolę dosyć ostrożnie i precyzyjnie. Tak np. po latach widać bardziej, że historia o ks. Jerzym Popiełuszcze, była w jakiejś mierze powtórzeniem "formatu" opowieści ewangelicznej w latach "komuny", opowieści o odwiecznej walce dobra ze złem. Gdzieś w niej mamy "Chrystusa", "gdzieś "Judaszów", gdzieś "żołnierzy rzymskich", gdzieś tych, którzy pamięć  o tym "Chrystusie"  chcieli zatrzeć jak najbardziej...
 
Wracając do głównego bohatera tekstu, pomyślmy jeszcze o tym, że w krótkim czasie po 10 kwietnia ogłosiłby, iż startuje w wyborach. I wtedy zaczęłaby sie... ta cała „palikotyzacja“ jego osoby, począwszy od „poważnych“ analiz, skończywszy na obrzucaniu go błotem i śmiechem przez najróżniejszych, „odważnych“ celebrytów. Najpewniej by przegrał te wybory, poniżany, odsyłany do kąta historii, przez różne „autorytety“, przy szczerej asyście gawiedzi. Jest zatem raczej pewne: byłby poniewierany. Musimy pamiętać o tej pogardzie, którą raczyło go tak niewielu, wmawiając ją tak wielu, musimy pamiętać jako przestrogę na przyszłość. Takie jest dzisiaj przesłanie Pana Cogito z roku 2010 dla nas.
 
 „Sławię Cię Boże, bo mnie wybawiłeś“ – słyszeliśmy te słowa w liturgii Kościoła już podczas wieczoru tego dnia, gdy to się stało. Tak zatem jakby wypełniły się znowu  w tych dniach przewrotnie słowa wiersza-dziedzictwa, gdzie „życia koniec szepcze do początku: / nie stargam Cie ja - nie ! Ja...u-wydatnie". I dziwnym zrządzeniem decyzji kardynała, od którego takiej decyzji nie należałoby się spodziewać, zaniesiono go Wawel; dotrzymując obietnicy z poematu, ustawiając ponad, poza –  jego słabości, „małostki“, poza wojnę po-pis, poza chocholi taniec nienawiści na polskiej ziemi. 
 
Dopiero gdy zestawimy więc te wszystkie dziwne „zbieżności“, które zespoliły się w jedno rok temu, 10.04, wejdziemy na chwilę w poważną zadumę. I może nie ugnie się przed taką jednością „przypadków“ „żelazna“ logika myślenia człowieka, patrzącego na wszystko w "optyce wypadku" komunikacyjnego, dla którego ta "cała katastrofa", to tylko "absurd" i "bezsens", ale już nasza logika, ustalana bardziej wedle "oka wewnętrznego", ugnie się i wyznamy, że w sumie - wygrał w metafizycznego totka. A tacy „szczęśliwcy“ są zwani „wybrańcami“, „pomazańcami“ i tacy właśnie maja prawo „zamieszkać“ na Wawelu. I wyznamy to, mimo że tak wiele w nas będzie przeczyło owemu rozpoznaniu. Ale też zapytamy siebie, która optyka patrzenia przynosi więcej sensu, bardziei koi ból: "optyka wypadku" czy ta bardziej "wewnętrzna", a nawet: która jest bardziej prawdziwa wobec faktu, że wszyscy, nieustannie i nieuchronnie, zmierzamy do śmierci ? A według takiego "wewnętrznego" sposobu patrzenia można sobie pozwolić na jeszcze bardziej odważne obrazy...
 
Spoczął zatem w tej krypcie przy kobiecie swego serca, w otoczeniu swoich najdzielniejszych druhów, w asyście polskiego dworu, a nieustanny strumień ludzi przed nim przepływa w ciszy, zatrzymując się co chwila, wsłuchując się... Wejście na pokład tego samolotu było swego rodzaju dostąpieniem zaszczytu i wyróżnienieniem dla nich wszystkich, mimo że jedne historie politycznych formacji, które za nimi stały, da sie bardziej uzgdonić ze słowem Katyń, zaś inne - o wiele mniej.  I może zabrzmi to dla wielu strasznie, ale powiemy, że ten zaszczyt i to wyróżnienie przedłużyły się na lata, a oni sami, przechodząc wspólnie przez godzinę śmierci, godzinę prawdy, zostali w niej zarazem pogodzeni i dani nam jako Symbol, którego sens będziemy odkrywać jeszcze przez wiele dekad. 
 
Tak zatem zejdziemy do tej krypty wawelskiej, ludzie tylu polskich życiorysów, zarówno potomkowie „Solidarności” jak i „postkomuny“, i odprawimy nasze Dziady jedności, prawdy i bólu. Bo tego 10.04 dokonało się symbolicznie to, czego nie dokonano przez całe 20 ostatnich lat. Dokonał się sąd nad PRL-em i  III RP , ale też , w jakimś sensie, nastąpił koniec i tej IV RP, czego wielu jeszcze nie widzi. I odprawimy te swoje Dziady, czekając na jakieś polskie „neo“. Mimo że tam, na zewnątrz, będą sie z nas śmiać, że my tu jakieś śmieszne „mesjanizmy“ uprawiamy, że jesteśmy archaiczni, zaściankowi. Mimo że będą się zabijać i słowem, i czynem, jawiąc się przy tym i tragiczni, i śmieszni zarazem. I ufam że z tej krypty, z tych naszych Dziadów wyłoni sie wreszcie jakiś profesjonalista, obyty w świecie, który w duszy i sercu usłyszy znowu, z niezwykłą mocą, słodkie słowa "Ojczyzna", "naród", i że za nim pójdzie wielu takich jako on. I że zaczną robić tę nową Polskę według „zaklęć“ i słów naszej „swojskiej“, świętej trójcy: Wyszyńskiego, Wojtyły, Popiełuszki... Jeno, czy zdążą, czy też tamci Polskę nam rozwalą w drobny pył ?
 
P.S. Tekst poprawiony i uzupełniony w stosunku do tekstu wcześniejszego na ten temat, opublikowanego 10.04, a zniesionego z powodu powyższej publikacji.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka