Gdy w telewizji ogląda się, jak dawna „kompania braci“ z PZPR rozdaje, nieraz z kowbojskim grymasem, nauki moralne, potem bawi się na szykownych rautach, a na koniec w osobie Jerzego Urbana ostentacyjnie rozkłada się w pozie zwycięzcy na okładce "Newsweeka", wtedy człowiekowi przypomina sie mimowolnie, a przewrotnie, okrzyk z reklamy o pięknej Australii: „Where the bloody hell are You... !?“
Jest coś symbolicznego w tym, że ta okładka Newsweeka wyszła w tygodniu, w którym celebrujemy pamięć o zakatowanym przez oficerów SB kapelanie „Solidarności“, ks. Jerzym Popiełuszko. Dlatego, że Ci obaj w komunie stanęli niejako naprzeciw siebie. Jerzy Urban, jak najbardziej wpisał się w systemową kampanię ośmieszania, i oszczerstw wobec księdza Jerzego, anonimowo lub też pod nazwiskiem. To przecież on, nikt inny, rzucił w przestrzeń owe słynne „seanse nienawiści“ w odniesieniu do żoliborskich Mszy za Ojczyznę; i nie słyszałem, aby się publicznie z tego wycofał, okrakiem, żalem... Jeśli zaś wyczuwałem w studiowanych materiałach momenty, kiedy ks. Jerzy tracił rezon, pewność siebie, to było to wtedy, kiedy wypowiadał się o Jerzym Urbanie. Dzisiaj – jeden „króluje“ na okładce "Newsweeka", bogaty, spełniony (coraz bardziej pod względem politycznym), zawsze przy tym antykościelny. A tamten – „gryzie ziemie“... Jak żyć !? – pyta się siebie człowiek widząc owe historie upadku i wzlotu, prawie tak samo dramatycznie jak zdesperowany paprykarz premiera Tuska, mimo że sprawa nie dotyka bezpośrednio tematu „chleba naszego powszedniego“.
Historia „Jerzego“, zapowiada i odsłania to, co w dawnym systemie było i szare, i tragiczne, ale zawsze jak najbardziej złe... A co w tzw III RP było tak intensywnie relatywizowane. I to właśnie dzisiaj jego grób zwiastuje w Polsce (a nie wymarzone na papierze Muzeum Komunizmu) tych, których tak bardzo starano się wygumkować z przestrzeni publicznej po 89 roku w ramach „antymartyrologicznej krucjaty“; m. in. roztrzaskanych w kazamatach UB, chłopaków i dziewczyny z AK, zabijanych po kryjomu, i jeszcze bardziej po cichu, niż on, katolickich kapłanów, skatowanych, ,„niesfornych“, uczniów (jak Grzegorz Przemek) i zawadiackich studentów (jak Staszek Pyjas). Wiadomo to już od dawna, że owo wygumkowanie „twarzy“ bohaterów i męczenników było jak najbardziej funkcjonalne, jeśli spojrzymy na ten zabieg od strony filozofii Levinasa. Bowiem w niej twarz wyświetlona drugiemu budzi zobowiązanie, etyczne wezwanie. Bez niej - łatwiej i niejako spokojniej dało się majstrować przy znaczeniu słów podstawowych; takich, jak dobro, prawda sprawiedliwość, miłosierdzie... co stanowiło konieczny warunek dla odpowiednich sojuszy politycznych. Niewiarygodne, jak bardzo te semantyczne zabiegi - wyświetlane tak często przez matrix - rozbijają się „o życie i twórczość“ Jerzego. Rozbijają się o tę zmaltretowaną postać, i o ten grób, choć przecież mają swoje realne, bolesne dla wielu, społeczne konsekwencje. W mediach mówią „swoje“, ale ludzie tymi autokarami, przyjeżdżają i przyjeżdżają i... sobie tak spacerują; i się dowiadują. Na tym właśnie polega Boża logika grobów - by odsłonić, uświadomić pielgrzymowi zakryte przez świat prawdy; logika na swój sposób przedziwna, na swój sposób okrutna, a przy tym taka „ekonomiczna“, ... taka „tania“.
Ale o ten grób i postać rozbija się też i narracja IV RP, może bardziej w swoim sposobie wykonania, politycznym praxis, niż hasłach programowych. Zbyt często niestety „Jerzy“ wchodziłby ze swoim przekazem w zwarcie z przekazem „Radia Maryja“; czy „Gazety Polskiej“ (piszący uspokaja od razu niektórych, że styl „Tygodnika Powszechnego” w ostatnim dwudziestoleciu też nie był raczej – w jego opinii – stylem „Jerzego”). Zapewne też nie krzyczałby „precz z TVN !“ , a bardziej: „chcemy prawdy !“ , i nie wyrwałoby mu się też zawołanie: „zaprzańcy i zdrajcy !“. Smutne, to ale prawdziwe niestety, że ludzie „prawej strony“, tak często powołujący się na krzyż, za rzadko i za słabo chyba uwewnętrzniali „headline“ Jerzego, że ten krzyż to tak naprawdę „zło zwyciężone przez dobro“, i że to boli...Tak jakby stali pod latarnią, nie wchodząc w światło. Pomyśleć, że Jerzy - w sensie najgłębszym - ginął nie tylko za... Jerzego Urbana, tajnych współpracowników, oficerów SB, ale też za ich dzieci. Aby z zatoki „czerwonej”, ekskluzywnej dzielnicy, nie uciekały na zawsze do Europy, bojąc się zderzyć swoją miłość do ojców, z emocjami i uczuciami do słowa „Ojczyzna“. Bojąc się znaleźć w potrzasku, rozejściu, które boli, gdyż trudno by im było tak do końca zsynchronizować postępki właśnie ich ojców z tym tak ważnym słowem; prymarnym dla każdej wspólnoty. Zabrzmi to może patetycznie, ale to właśnie z „Jerzym“, a zatem z wiarą, byłoby im łatwiej przeżywać ten ból. I raczej nie dano im na to zbyt wiele szansy. Dla wielu z IV RP, jest to wizja nie do wyobrażenia. No cóż, zbyt często historia polskiej prawicy, po „przełomie“, dowodziła nam, że da się doskonale uprawiać politykę w sposób „prawicowy, a tak mało przy tym chrześcijański. Ci, którzy buczą, gwiżdżą na politycznych przeciwników podczas Mszy rocznicowych mu poświęconych podtrzymują nas jak najbardziej w tym rozpoznaniu.
Reasumując i wypunktowując, a przy tym upraszczając nieco; powiemy: że nie jest zatem „Jerzy” ani III, ani IV RP. Albo inaczej: punktuje celnie III RP bez popadania w „patologie” RP IV. Jedni zazwyczaj wyciągali swoje pały - gdy ktoś, nie spełniał ich „algorytmu“ na dobro, drudzy je wyciągali - gdy nie spełniał ich „algorytmu“ na prawdę. Można sobie samemu rozpisać, którzy pasują bardziej do jakiej RP, bo w sumie wszyscy byliśmy jakoś bardziej „którąś“ RP. W pewnym sensie można też rzec; że „Jerzy“, to nie jest polskie życie społeczno-polityczne ostatnich dwudziestu lat. Że na polskim Areopagu tworzonym 20 lat przez prawie tych samych polityków, dziennikarzy, wielkich biznesmenów, i jakąś liczbę polskich biskupów lub duchownych celebrytów, zabrakło ludzi o sercu i sumieniu „Jerzego”. Smoleńsk wyznaczył jakąś cezurę końca tego Areopagu. Jego główni bohaterowie tak udanie „rozebrali” ten wrak, tę jedność kilkudniową między ludźmi, tak nie odczytali należycie przesłania tej tragedii, że w jakimś sensie sami się unicestwili, przegrywając przez to pewne rzeczy tak już do końca. Ten Smoleńsk odbył się bardzo po „polsku” dzięki nim. Kilkudniowe zawieszenie software’u w różnych „ośrodkach”, a potem programy komputerowe ruszyły z jeszcze większą mocą obliczeniową… Gdyby nie historia o „Jerzym”, prawdopodobnie nie było jeszcze, co zbierać po micie pierwszej „Solidarności”.
Intuicje, że w jakimś sensie się ich rola i znaczenie się skończyły potwierdza poniekąd ojciec Zięba we wzruszającym wywiadzie w ostatnim "Newsweeku", tak, tym samym, na którego okładce radośnie pręży pierś Jerzy Urban. Przypomnijmy: ojciec Zięba, kiedyś działacz „Solidarności”, w pionierski sposób próbował wprowadzić na ten polski Areopag standardy społecznej nauki Kościoła. Była to próba wykreowania czegoś na kształt chrześcijańskiego wunderteamu, jak najbardziej licznego, a przy tym grającego jak najbardziej po ludzku w brutalnym świecie reguł gospodarki rynkowej. Z pewnej perspektywy czasowej, widać to chyba jaśniej, że zabrakło w tym projekcie należycie głębokiego tła duchowego. Ten metapolityczny animator życia społecznego, w ostatnich wyborach... nie głosował; nie miał na kogo, pierwszy raz od 22 lat. Przed nim – jak powiada – o wiele poważniejsze i trudniejsze wyzwanie niż trenowanie chrześcijańskiego wunderteamu – reinstalacja relacji ze Zbawicielem.
Teza to bardzo uprawniona, że nie da się z tego Areopagu wywieść już na pewno żadnej historii na miarę męża stanu, że tak naprawdę nawet wygrany nigdy nie będzie na nim zwycięzcą do końca, że niewielu uratowało na nim całą twarz, a ci, którzy zeszli zeń wcześniej – tym lepiej było to dla nich. W sensie idei, energii, która mogła by jakkolwiek poruszyć Polaków – jedynie administrują krajem. Ich styl i treść postępowania winny się stać jak najbardziej nauczką, przestrogą dla tych, którzy się po nich pojawią. Po 20 latach okazało się, że nie wystarczy spać na styropianie i zasłużyć na pomnik przez walkę z komuną. Trzeba jeszcze ten pomnik i styropian dowieść do mety swego życia.
Jak wkontekście tego zatem odczytać Boża logikę wydarzeń odnośnie 10.04.2010 ? Jaką rolę w niej będzie spełniać owa krypta wawelska, owy wrak, owe kilka dni polskiego raju. Pewnie, gdyby nie to Wydarzenie, tysiące „młodych ludzi“ nie poczułoby, mimo wszystko, pierwszy raz w życiu, tej cichej; dumy, z tego, że są Polakami; chociaż dumy pełnej bólu. Nie wspomniałoby w ukryciu, tak bardzo w środku, starodawnej triady: „Bóg, honor....“ I pewnie to doświadczenie, to odkrycie jeszcze dalej w wielu z nich żyje, znowu - mimo całego zła, które się potem wydarzyło. Dalsze sensy jeszcze przed nami....
Nieraz, gdy mija się dzisiaj pusty balkon kościoła św Stanisława Kostki, na którym głosił „Jerzy“, odczuwa się znacząca pustkę. Brakuje go; szczególnie dzisiaj; choć też paradoksalnie ta cisza po nim jest zarazem głosem niewygodnym i nieusuwalnym. Bo pewnie - w dobie współczesnych mediów - szybko by go „zmasakrowali“, jeśliby szedł nadto w poprzek przekazu głównego nurtu. Tak zatem znowu: jego wczesne odejście w wieku 37 lat (dla uprzytomnienia: kategoria wiekowa takich polityków, jak Sławomir Nowak czy Zbigniew Ziobro), okazało się być tragicznie „funkcjonalne“. Narodził się nam na Żoliborzu, nie boję się tego powiedzieć, prorok – mało wykształcony, o kiepskim zdrowiu, i „wiejskich korzeniach”. Dopiero, gdy się zestawi jego naturalne zdolności z tym, czego dokonał, dojdzie się do wniosku, że w tej właśnie różnicy, między jego możliwościami, a dokonaniami, prześwituje jakaś siła, jakaś moc, po ludzku trudna do zrozumienia. Jego beatyfikacja, oficjalnie to potwierdziła - że na Żoliborzu, przez ten grób, znajduję się moralna Północ Polski. Odtąd już nie trzeba krzyczeć w panice: "Where the bloody hell are you !?”, kiedy widzi się okładkowy tryumf Jerzego Urbana. Bo gdy odnajduje się Północ, wie się przynajmniej, że się spada; leci w dół… Chociaż, jeśli po 10.04, i po beatyfikacji tego kapłana, nie da się już zupełnie robić Polski na sposób „Jerzego” , odmieniając słowo „Polska” przez dobro i przez prawdę (uwaga: to bardzo ważna koniunkcja), to lepiej rzeczywiście pakować manatki…
.


Komentarze
Pokaż komentarze